Wywiad NOISE MAGAZINE (2017r.)

Pytania: Paweł Waliński


JUDE: Soundtrack do upadającego świata / Skowyt umierającego świata / Zbyt pojebani dla tego biznesu


Skąd ten industrial? Czy za gówniarza wsłuchiwałeś się w sprzęty AGD?
Słowo “industrial” pojawiło się gdzieś pod koniec podstawówki w połowie lat 80.. Muzyka punkowa nigdy nie sprowadzała się dla mnie do G.B.H., Exploited, Anti-Pasti i tak dalej. Równolegle zawsze słuchałem innych nowofalowych rzeczy Sex Gang Children, X-Mal czy Bauhaus…


Mocno jednak gotycko…
Nie selekcjonowałem muzyki , czy coś jest mocno punkowe czy mało punkowe. Pierwszą stricte industrialną płytą, której wysłuchałem – dzięki moim przyjaciołom, którzy później założyli formację Księżyc – jakoś w siódmej klasie podstawówki, był koncert Rafters  Throbbing Gristle [wyd. 1982 r. – Red.]. Słowo “industrial” było fajne, atrakcyjne, intrygujące. Ale, podobnie jak z punk rockiem, nie otrzymywałeś na zawołanie info-pigułki z historią gatunku, liderami itd. To, co dzisiaj masz natychmiast, wpisując hasło w przeglądarkę. Wówczas docierało do ciebie echo z daleka, jakiś ślad z bliska – próbowałeś ułożyć z tego jakąś swoją wizję.

Jak w Polsce na przełomie ustrojów można było się wkręcić w takie dźwięki? Miała tu znaczenie Łódź?
W latach 80. na koncertach alternatywnych nie istniały specjalizacje. Jechałeś na przykład do Warszawy na festiwal Poza Kontrolą i miałeś tam do czynienia z całą plejadą gatunków. Zdarzały się nawet pojedyncze projekty industrialne, czy też zahaczające o industrial, czasem zupełnie nieświadomie…
Moje własne pierwsze próby grania jakiegoś quasi industrialu polegały na tym, że mając 14-15 lat zrobiłem sobie zestaw perkusyjny z drewnianych skrzynek i metalowych beczek. Nawalałem w to w domu mojego ojca. Odbywało się to na takiej podświetlonej werandzie, gdzie były szyby z pancernego szkła. Ludzie przechodzący ulicą słyszeli to i pukali się w głowę, tam jakiś wariat wali w te sprzęty. Moi koledzy mówili mi, że: “Któregoś razu idzie Andrzej ulicą i zobaczył Wiktora: -pierdolnięty! -no, pierdolnięty!. A wtedy akurat miałem w głowie kawałek Stray Cats i chciałem na tych bębnach odtworzyć taką rytmikę psychobilly. Potem poznałem już rzeczy w stylu Test Dept, którzy właśnie wtedy zagrali pierwszą trasę w Polsce, w tym także Łodzi.  Czułem to. Czułem, że świetnie, że można grać w ten sposób. Potem były już kasety, całe kupy kaset od znajomych z Wawy, w tym wspomniane Throbbing Gristle. To była totalna fascynacja! Świadomie, nieświadomie czy instynktownie uznałem, że to jest “moje”. Co nie oznaczało odrzucenia muzyki punkowej, czy hardore…

Czyliś jednak z punka rodem…
To jest mój matecznik i nigdy się od tego nie odżegnywałem. Do dziś się z tą sceną identyfikuję, choć to, co przeciętny mieszkaniec naszego kraju myśli, kiedy słyszy hasło “punk” jest mi absolutnie obce…

…Ustrzyki Dolne i KSU?
Jebać ich, KSU -oczywiście! Ale tylko to najstarsze… Starszy brat Franklina z 19 Wiosen miał na kasetach wczesne nagrania KSU i to oczywiście było super. Natomiast to KSU, które wszyscy w Polsce znają, to „jabolowe” nadaje się dla mnie do gazu. Cyklon B dla tych dziadów. Pogonić w bieszczadzki las i serią po łbach, wystrzelać! Już w latach 80. nie grali tam faceci, którzy zakładali ten zespół. To było jakieś gówno, popłuczyny, jak cały ten krajowy panko polo szajs…

Dobra, a sama Łódź?
Wydawało mi się, że Łódź koresponduje z taka muzyką, estetyką. Kiedy w czasach licealnych waliliśmy w te bębny, zaczynaliśmy robić muzykę pod nazwą Zygoma (potem robiłem też zine’a pod tą nazwą), miał to być już konkretny industrial. Używaliśmy magnetofonów, całego metalowego oprzyrządowania. Wtedy to, że jesteśmy z Łodzi, z brudnego przemysłowego miasta i dlatego industrial jest “nasz”, było już świadome. Uważałem że jedno z drugim się sprzęga. Także ze stanem pół-zdewastowanej Łodzi, gdzie przemysł, ulice były w ruinie. Fabryki, gdzie ludzie pracowali na trzy zmiany i cały ten łódzki pokrzywiony proletariat, do którego sympatią raczej nie pałałem. Kontakt z ta masą był wręcz dotkliwy. Ten wylew jebanej durnoty, agresji – na ulicy, w autobusie. W tamtych czasach takiemu robotnikowi wmawiano, że jest przewodnią siłą narodu, solą tej ziemi i ma prawo decydować, czy twój wygląd jest ok czy zły, czy jesteś częścią społeczeństwa czy nie. Zdarzało, że na widok kolców, czy innych “punkowych atrybutów” chcieli mnie wyrzucać mnie z tramwaju. Nie mówiąc już o zaczepkach i wyzwiskach. To bywało do tego stopnia uciążliwe, że unikałem godzin szczytu, żeby nie mieć styku z tymi agresywnymi bezmózgami. To było po prostu bydło, agresywne bydło. Za blisko nich żyłem i żyję, żeby mieć sentyment do tej aktualnie „wykluczonej” klasy…  Tak czy inaczej, taka chroma Łódź z plugawą masą ludzi głupich, inwazyjnych i aroganckich miała wpływ na charakter sztuki, którą robię. Industrial tkwił w tym upośledzeniu i patologii wielkiego miasta, wyrażonej i ukrytej.

Myślisz, że można by wysnuć paralelę między ówczesną Łodzią, a brytyjskim thatcheryzmem?
Tak, choć chyba jedynie z dzisiejszej perspektywy… W tamtej epoce Thatcher jawiła się Polakom jako ktoś dobry, w opozycji do socjalizmu. Podobnie Reagan czy Kohl. Z perspektywy zachodnich środowisk lewicowych byli znienawidzeni, ale u nas kontekst był inny. Reagan tak podkręcił ten wyścig zbrojeń, że niedołężne ekonomicznie państwa socjalistyczne nie łapały już oddechu. Przyspieszył upadek całego tego gówna, więc u nas kowboj-Reagan był ok, nawet mimo amerykańskich akcji w stylu Rock Against Reagan. Podobnie Thatcher. Weź sobie teksty Exploited: “Maggie, you fucking cunt” i tak dalej. Być może jakieś istnieją jakieś paralele w związku z upadającym przemysłem. Ale trzeba dodać, że wówczas nasza świadomość i nasze horyzonty nie sięgały aż tak daleko. Choć taki Kaman z Wrocławia [Krzysztof Kłosowicz – Red.], który grał nowofalowy hip-hop i był jednym z pionierów rapu w Polsce – już wtedy śpiewał o tym, że gnębieni przez Jaruzelskiego polscy górnicy sprzedają węgiel do UK, gdzie ichni górnicy z kolei strajkują przeciwko Thatcher. Jako punkowiec oczywiście nienawidziłem wszystkiego, co miałem wokół siebie, ale może miałem też większą świadomość tego, czym jest mityczny Zachód, bo regularnie tam jeździłem. Chodziłem do szkoły we Francji i Hiszpanii….

To była Hiszpania zaraz po Franco?
Tak, ale byłem jeszcze za małym dzieciakiem aby wiedzieć o Franco. Podróże i wiek dały mi jednak trochę szerszą perspektywę. Zresztą dzisiejsi Hiszpanie to kompletnie inna bajka. Widzę czasem u nas w klubie [chodzi o DOM przy Piotrkowskiej – Red.] taką hiszpańską gimbazę z Erasmusa. po prostu ręce opadają. Ci ludzie są tak kurwa durni, że jest to załamujące.

Czy można było mówić o jakiejkolwiek “scenie industrialnej” wtedy i czy można mówić o niej dziś?
Polska była krajem agrarnym i nadal jest. Nie z przesytem, a raczej niedostatkiem przemysłu…

Cały przemysł, jaki mamy, zajebaliśmy Niemcom…
(śmiech) Zostawili nam. Ale gdy mówić o muzyce,jeśli pytasz mnie o dziesiątkę polskich płyt industrialnych – jestem w poważnym kłopocie…  Nie było jakichś mistrzowskich wydawnictw industrialnych, prędzej zaistniały pojedyncze koncerty, wydarzenia. Poza tym trzeba zadać sobie dwa trudne pytania. Po pierwsze: czym jest scena? A po drugie: czym jest industrial? I każdy pewnie odpowie ci inaczej. Moim zdaniem nigdy nie było w Polsce nigdy sceny industrialnej. Natomiast byli ludzie, których aktywność próbowała stworzyć zaczątki, którzy swoja aktywnością robili wiele dla czegoś, co tak naprawdę nigdy nie zaistniało. Natomiast plus był taki, że do pewnego momentu w Polsce industrial był utożsamiany z muzyką eksperymentalną, nowatorską, poszukującą. Dopiero w nowym millenium zaczęła się scena tak zwanej industrialnej muzyki tanecznej, dyskotekowej…

Czyli Psychic TV ze środkowego okresu i późne Skinny Puppy trochę przeorało?
Nie jestem pewien, czy akurat oni. To dyskusyjna teza. Prędzej naśladowcy Front 242. Natomiast istniały u nas te małe środowiska, powiedziałbym “kanapowe”…

Lewica kanapowa, industrial kanapowy…
(śmiech) Tak. W latach 80. tak właśnie było. Poza tym industrial miał zawsze tę skazę, że dla niektórych środowisk awangardowych był zbyt ekstremalny, wyzywający. Na przykład: wielkim propagatorem muzyki eksperymentalnej w Polsce był Henryk Palczewski. A przy tym wcale nie był wielkim fanem industrialu, wręcz go potępiał. Tym ludziom industrial kojarzył się z hitleryzmem i z propagowaniem dewiacji seksualnych. Pamiętam, że już w latach 80. Henryk Palczewski wydawał takie pisemka ARS1, ARS2. I tam z dużą satysfakcją pisano, że industrial is dead, że industrial to już przeszłość i bardzo się z tego cieszymy. A w ogóle muzyka industrialna, czyli taki bardziej intelektualny nurt punkowy w ogóle nie miał nic wspólnego z prawdziwym artyzmem. Cóż… refleksja przynależąca do tamtych czasów…

Podobna to reakcja do reakcji środowisk galeryjnych i akademickich.
Muzyka industrialna gwałci pojęcie artyzmu. Zwracała się i zwraca przeciwko takim rzeczom, jak „artyzm”, chce być jak najdalej rzeczy takich jak typowy whitecube. Throbbing Gristle nazywali swoja działalność kampanią, która nie ma nic wspólnego ze sztuką. Mimo, że ich pierwsze “objawienia” miały miejsce w ICA [Institute of Contemporary Art w Londynie zajmująca się kulturą i sztuką radykalną – Red.] czyli w instytucji jak najbardziej artystycznej. Industrial był zbyt brutalny, dosłowny by być szeroko akceptowanym w galeryjnym środowisku. I właśnie z tej strony spadły na industrial pierwsze ataki – za niedostatek “artyzmu”.

Teraz może o “ideałach nurtu”? Graliście jakieś dziesięć lat temu w CSW. I jeden ze słuchaczy, obcokrajowiec, widząc wizualizacje z bombardowaniem Drezna i tak dalej, obruszył się i wyszedł. Musiałem wyjść za nim i tłumaczyć kontekst z wywracaniem symbolu, nie chwaleniem a przestrzeganiem…
Spotykaliśmy i nadal spotykamy z różnymi reakcjami. W przeszłości przeważały negatywne, nawet ze strony, którą uznajemy za bratnią, czyli właśnie scena niezależna i punk/HC. Która, swoją drogą, kiedyś była dużo bardziej otwarta, poszukująca i składała się z ludzi wolnych a nie zideologizowanych marionetek, jak dziś. A jeśli chodzi o “ideały nurtu”. Znajdujemy się, a owszem, w jakimś nurcie, ale staramy się tworzyć jego własną ekspozycję, interpretację. W punk też zawsze byłem po swojemu. Punk i industrialowi wspólne było na pewno użycie pewnych środków, negatywne reakcje publiczności, próby cenzurowania i marginalizowania. Mimo syf reakcji, oporów, niechęci, oczerniania za plecami i szitu zawsze robiliśmy swoje.   U nas tzw. niezal czy też industrial to mikroskopijne środowiska. Na tzw. zachodzie, nie oszukujmy się, muzyka industrialna (ta real) to także nieduża i dość hermetyczna scena. Na festiwalach takich jak Epicurean Escapism w Berlinie [EE to również składanki płyt z muzyką okołoindustrialną – Red.]. bywa “a” do “z” indus publika. To 100% industrialna impreza, koncerty industrialne, w przerwach industrialni didżeje, wśród publiczności hardcore’owi fani… Podobnie choćby na koncertach Whitehouse: radykalna męska publika, prawie zero dziewcząt, pogolone łby, militarne uniformy…

Bo dziewczyny wchodzą do tej sceny dopiero przez neofolk?
(śmiech) Taaa, albo od melodyjnego industrial dance. Samica człowieka industrialnego? -gotka! (śmiech)

Jak się wg ciebie ma ówczesna konstatacja na temat rzeczywistości jako jakiegoś stanu death factory z obecną sytuacją międzynarodową? Prawacko-populistyczne ruchy na Zachodzie, katastrofa imigracyjna, UE i NATO ledwo zipiące… Szykuje się nam powtórka z upadku systemu powstałego w wyniku traktatu wersalskiego?
O w dupę, pojechałeś! Wydaje mi się, że za naszego życia nie będzie żadnego wielki wybuchu, blitz- apokalipsy. Ten zmierzch zachodu będzie raczej rozłożony na lata. Europa jaką znamy sprzed dziesięciu-kilkunastu lat umiera na naszych oczach.

Jak u T. S. Eliota? “I tak właśnie kończy się świat / nie hukiem a skomleniem”?

To, że Europa straci status kontynentu który daje światu światło – to pewne. Nie jest już busolą postępu. To dzieje się na naszych oczach a nasze pokolenia będą widzieć ten czas, kiedy Europa będzie coraz biedniejsza. Pod każdym względem, ekonomicznym, zasobności mieszkańców, atrakcyjności, możliwości bycia wzorem dla świata. Będzie coraz bardziej zepsutym, nic nie znaczącym miejscem, gdzie w imię postulatów czystości środowiska i godnej płacy, nic już się nie produkuje. Europa na własne życzenie pozbyła się jakiejkolwiek siły, mocy. Upadek Rzymu nie trwał jeden dzień, to były dekady…

A nie mamy atutu doświadczenia?
Masy nie maja pamięci. Ich orientacja to sprawa pokolenia lub dwu wstecz. Europa jeszcze jest długo będzie odgrywać rolę mitycznej krainy mleka i miodu, więc będą napływać tu masy. To także nie pozostanie bez wpływu na ten schyłek. Młodzi ludzie żyją w poczuciu bezpieczeństwa, które w najbliższych latach stanie się coraz bardziej mgliste. Konieczność utrzymania tego komfortu i bezpieczeństwa powodować będzie redukcję praw, które wydawały się nam naturalne. Adieu vieille Europe! Trudno powiedzieć w jaki sposób będzie się to realizowało, ale mamy do czynienia z upadkiem.

Industrial był odpowiedzią na kapitalistyczny (neo)liberalizm i konsumpcjonizm. Przeciwko czemu dziś może się ustawiać?
Nie wiem, czy do końca się zgadzam, że industrial był odpowiedzią na to co mówisz. Jasne, że jeśli chodzi o Anglię, to masz tam upadek przemysłu i wszystko co w formie filmowej wyeksplikował w The Last of England Derek Jarman. Wydaje się industrial nie sprowadza się tylko do jakiegoś zamkniętego okresu. Kultura industrialna na pewno odbijała angst tamtych czasów. Ale ten swoisty mal de vivre trwa, jest permanentny. Industrial, przynajmniej ten najlepszy, jest real  – nigdy nie uznawał tabu i zawsze odnosił się do rzeczywistości, nie był nurtem, który w obliczu dezorientacji oferował ucieczkę. Po co komu jakieś mitologie, jakieś fantazje, wyimaginowane byty?

Cut n’ paste czy polityka szoku znalazły swoje miejsce w świecie reklamy. Czy w dobie smartfonów i Pokemon Go industrialne postulaty mają jeszcze jakikolwiek sens?

Polityka szoku i kultowy terroryzm nie ma już dziś siły i nie jest celem industrialu. Kultura masowa doszła do takiej fazy, że estetyka szoku stanowi jej składową. Jasne, że to co wypracowała awangarda i nurty eksperymentalne zostało przerobione i przetrawione, spopularyzowane i spauperyzowane. Ale to stało się w naszej Europie północnej. Gdybyś spojrzał na Europę południową, zobaczyłbyś że tam wpływ punk był epizodyczny. Był małym wybuchem i jakoś szczególnie do ludzi nie trafił. Holandia, Niemcy, Anglia, Dania – tam punk, nowa fala, czy industrial stały czymś korespondującym z głównym nurtem kultury. Spójrz na Ninę Hagen. Ona miała w Niemczech status, jak u nas…

Kozidrak?
(śmiech) Tak, dokładnie. Kozi drug. Tak samo, na przykład w USA nigdy nie przyjęło się techno. Muzyka elektroniczna nie zyskała tam i nie zyska takiego statusu, jak w Europie. Henry Rollins przyjechał kiedyś do Europy i podczas swoich gadanych performansów śmiał się, że ci “artyści” didżeje, grają z jakichś automatów, czy pendrivea mają, kurwa, pięć tysięcy publiczności. (śmiech)

Czujesz powinowactwo z rzeczami, o których mówi sie dziś “industrialne”, czyli z post-Skinny Puppy EBM-ową dyskoteką na cmentarzu a’la Bolków?
Skinny Puppy byli na początku czymś eksperymentalnym. Wzięli trochę goth, trochę industrialu, dodali do tego beat, dodali fajne melodie. Cała ta scena z Vancouver, gdzie grali Psyche [ci akurat byli z Edmonton – Red.], Numb, Frontline Assembly znała na pewno klasyków, znała nurt od podszewki i zreinterpretowała industrial na swój sposób. Dopiero potem pojawiła się masa dalszych mutacji. Najróżniejszych. Prędzej pochyliłbym się nad fenomenem Nine InchNails, które dla mnie i dla całej sceny industrialnej było wtedy jakąś muzyką dla dzieci. Jakimś Pet Shop Boysem. Z drugiej strony to, że dzieciaki w Europie i w USA zauważyły przez to, że istnieje coś takiego jak industrial, i nie są to tylko czarne włosy, srebrne ćwieki i makijaże było fajne.  Pamiętam jednak jak na to wtedy patrzyliśmy i myśleliśmy sobie: “Niezły cyrk!”. Ale wracając do Vancouver… Nie nazwałbym tego nigdy “industrialem”. Ale w końcu to przecież tylko słowa i nie będę, kurwa, strażnikiem terminologii.  Industrial przeewoluował. I dziś to szerokie spektrum. Od Brighter Death Now po jakieś And One, bo zdarzają się i tacy, którzy ich także nazwą industrialem.

A rock industrialny?
Rock i industrial to antytezy. Kropka. Na początku lat 90. Ministry i cała reszta sceny śmiała się, że każda grupa metalowa, która wsampluje sobie, kurwa, dźwięki spadających śrubek, mówi o sobie, że jest industrialna. Te melodyjne, kurwa, refreny to była kara boska.

Pytanie z tych mniej mądrych: twoje pierwsze inspiracje industrialne…
Myślisz, że to tak prosto sobie w dwóch zdaniach odpowiedzieć? Kilka nazw? Ok, Throbbing Gristle, SPK, na pewno, zdecydowanie Test Dept, trochę Neubauten, oczywiście Big Black, potem rzeczy mocniej elektroniczne, także te z beatem, pierwsze dwa albumy This Heat. Masy innych cudów, których akurat teraz nie pamiętam… Miałem szczęście widzieć Swans w czasie trasy z Children of God…

Robienie researchu o was to jak kręcenie bicza z gówna. Nic, zero informacji. Jude.org.pl. Wchodzę i co? I za serwer nie zapłaciliście.
(śmiech) Nie zapłaciliśmy. Ja już nie miałem kasy aby za ten pierdolony serwer płacić.

No i skąd ja, mały robaczek mam się czegoś dowiedzieć? Choćby w kwestii personaliów… Wpisuję was w Google’a i dostaję milion coverów Hey Jude.
(śmiech) Wybaczcie! Ludzie wybaczcie! Prawda jest taka, że nie mamy serca do autopromocji. Powinniśmy uprawiać brutalną i bezczelną autopromocję. Ale podstawową odpowiedzią będzie: “Jebię to”. (śmiech) Gramy cały czas, piłujemy materiały cały czas, kochamy muzykę, jesteśmy bandem. Nie mieliśmy nigdy profesjonalnego managera, wsparcia wielkiej wytwórni czy szerokiego fanbase’u. Raczej był permanentny hejt. Zespół zbyt nihilistyczny, zbyt nienawidzący wszystkiego wokół i z wzajemnością, zbyt nienawidzący sam siebie. Byliśmy zbyt pojebani dla tego biznesu, całego tego vanity fair. I braliśmy na klatę, jebać to, Jude kontra reszta świata! (śmiech) Cały czas trzon zespołu jest ten sam. Zmieniała nam się sekcja rytmiczna.

Co z tą nową płytą?
Nowa płyta będzie lada dzień [wywiad był przeprowadzany w ostatnim tygodniu października – Red.]. Jest już zmasterowana. Powstawała długo, w dosyć dużych bólach. Jej koncept na pewno będzie rozszerzeniem tego, co nagraliśmy na Stat. Będzie brzmiała trochę inaczej, zawiera większe spektrum dźwięków. Koncepcyjnie na pewno nie zmieniliśmy swoich barw, jesteśmy tym samym bandem, co kiedyś. A zarazem nowa płyta będzie krokiem do przodu i kolejną próbą oddania na nośniku tego, co jesteśmy w stanie wywołać tylko podczas grania na żywo. Bo granie na żywo zawsze było dla nas najważniejsze. Inna rzecz, że żałuję, że w przeszłości nie udało nam się wszystkiego, co zagraliśmy przełożyć na stosowne nośniki.

Ostatnie pytanie. Znów niezbyt mądre: czy jest sens grania industrialu dziś?
Sens jest i będzie, nawet większy niż dotąd. Zwłaszcza gdy do wszystkich zacznie docierać że to będą last days of… Industrial to nie jest gatunek muzyki, to typ postawy, kultury, która jest bardzo aktualna, a nawet bardziej aktualna niż wtedy, kiedy się rodziła. I tu wracamy do tego o czym mówiliśmy o losie Europy. Ten los, który czeka miejsce w którym żyjemy jak najbardziej to potwierdzi. To po prostu soundtrack do upadającego świata. I ta muzyka jest tak okaleczona jak ten świat. Nasze indywidualne doświadczenia, indywidualne poczucie bólu, małości jest jak mikrokosmos, daje się jednak przełożyć na doświadczenie uniwersalne. Industrial jest skowytem ginącego,upadającego świata.

Jude – Pigment, właśnie wydana przez Requiem Records
Jude 2017: Wiktor Skok, Jacek Walczak, Michał Wojewoda, Michał Fryc