Jędrzej Słodkowski

Nie interesuje nas muzyka
Byliśmy niezrozumiani i skłóceni ze wszystkimi. Zakazy koncertowania były normą – mówi lider grupy Jude.
Najbardziej radykalny polski zespół lat 90., przypomina o sobie – z niszczycielską siłą – nową płytą „Stat”.
– W latach 80., kiedy ruch w mieście zastygał wraz z nastaniem zmroku, huk maszyn z fabryki włókienniczej Poznańskiego tak roznosił się po okolicy, że przedostawał się do mieszkań mimo zamkniętych okien – mówił w sierpniowym numerze brytyjskiego miesięcznika „The Wire” Wiktor Skok, założyciel Jude. Artykuł o łódzkiej scenie alternatywnej w najważniejszym światowym piśmie o ambitnej muzyce zaczyna się od tej wypowiedzi – i to odpowiednie ustawienie perspektywy, bo Skok to jeden z ojców chrzestnych tej sceny, a Jude bezpośrednio i pośrednio wpłynęło na dziesiątki powstających później składów – metalowych, punkowych, rockowych, elektronicznych.
W przeciwieństwie do wielu zachodnich zespołów nurtów industrial i noise, Skok i jego rówieśnicy nie musieli wyszukiwać metalowego złomu na podmiejskich wysypiskach, ani „sztucznie” generować rytmicznego hałasu w urządzeniach elektronicznych. Złom mieli na wyciągniecie ręki – zwłaszcza, gdy fabryki w III RP zaczęły upadać, a hałas – za oknem. Z której by strony okna nie stanęli.
– Byliśmy dziećmi chorego czasu – opowiada „Wyborczej” Skok. – Urodziliśmy się 30 lat po II wojnie, ale nigdy nie dano nam o niej zapomnieć. Nasze dzieciństwo przypadło na stan wojenny. Nasza młodość – na beznadzieję lat 80., a w pełnoletniość wchodziliśmy w nowym ustroju, który w Łodzi zaowocował upadkiem przemysłu, bezrobociem, biedą. Postkomunistyczne realia zderzyły się z inwazją telewizji satelitarnej, MTV, nowych książek. To była mieszanka wybuchowa. Nie chcieliśmy się od tego odwracać. Uznaliśmy to za nasz balast, który z jednej strony nami powoduje, a z drugiej – jest polem naszej artystycznej eksploatacji.
Na losach założonej w 1993r. grupy Skoka najmocniej miała zaważyć jednak inna składowa „balastu”. Nazwali się Jude. – Zagarnęliśmy słowo, które nie tylko nie było neutralne, ale poniekąd nie było także legalne i nie przechodziło ludziom przez gardło. Kiedy graliśmy koncert przed Dezerterem, prowadzący nie wypowiedział naszej nazwy, „bo jest niecenzuralna” – wspomina Skok.
W Łodzi w drugiej połowie lat 80. słowo „Jude” rzeczywiście stało się rodzajem obelgi; kibole ŁKS-u i Widzewa upstrzyli nim całe miasto, demaskując znienawidzoną drużynę jako „żydowską”. Taki wybór nazwy miał jednak głębsze uzasadnienie. Łódź była przecież miastem, zamieszkanym do II wojny światowej przez Polaków, Żydów i Niemców. Tu przed wojną istniało jedno z największych na świecie skupisk żydowskich. Tu było wielkie getto, które Niemcy zlikwidowali dopiero w końcu sierpnia 1944 r.
Pytam Skoka, jaka była w latach 80. i 90. pamięć o getcie i żydowskich mieszkańcach Łodzi. – Pamięć?! – denerwuje się. – Nie było żadnej pamięci! A dla mojego pokolenia ten temat był równie bliski co badania kosmiczne. W szkole uczyliśmy się, że to Polacy byli największą ofiarą II wojny światowej. Odwiedzałem Auschwitz od dziecka i pamiętam dobrze, że Żydzi nie byli tam pokazani jako główne ofiary obozów zagłady.
Niemcy utworzyli w Łodzi getto na Bałutach, zamieszkanych głównie przez żydowską biedotę. W tej dzielnicy urodzili się i wychowywali muzycy Jude. – Chodziliśmy po okolicy i zastanawialiśmy się, co było kiedyś w miejscu bloków z lat 50., 60., 70. – mówi Skok. – Kto tu żył? Gdzie pracował? Gdzie się modlił? W powszechnym obiegu było mało informacji, na własną rękę przegrzebywaliśmy książki, albumy, przegrywaliśmy sobie kasety wideo z zachodnimi dokumentami.

Przyczyną częstych nieporozumień co do intencji Jude była nie tylko sama nazwa, ale jej zestawienie z agresywną muzyką, wypluwaną przez gitary, bas, perkusję, beczki i złom, elektronikę ze złowieszczym krzykiem Skoka, który w tekstach – jak głosił kiedyś slogan zespołu – „obnaża najciemniejsze strony rodzaju ludzkiego”. A do tego dochodziła wizualna otoczka. Na plakatach i ulotkach, w filmach wyświetlanych na koncertach, zespół sięgał do estetyki militarnej, modernistycznej, ekspresjonistycznej, socrealistycznej, ale po oczach najmocniej biła szwabacha i elementy ikonografii totalitarnej (stąd częste porównania Jude do grupy Laibach, również „przejmującej” totalitarne symbole, by je zdekonstruować lub obnażyć). Obrazu dopełniał wygląd zespołu – krótko ogoleni, wytatuowani, odziani w czarne bojówki i czarne koszule mężczyźni (choć nie tylko, przez pewien czas w Jude była także Anna Bursztyn, wokalistka 19 Wiosen) z groźnymi minami wywoływali gdzieniegdzie panikę. – Nosiliśmy czarne ubrania, bo wychowaliśmy się na zespołach anarchopunkowych, które tak się ubierały – wyjaśnia Skok. – Nie oddzielaliśmy przekazu, muzyki i wyglądu, to wszystko było zespolonym ładunkiem wybuchowym. Nasze koncerty angażowały wszystkie zmysły: maksymalne natężenie dźwięku, slajdy, wideo, dym, iskry, często kontakt fizyczny. Na scenie byliśmy zwierzętami. Ludzie bali się do nas podejść po koncercie. Nam nie zależało na muzyce. Nam nie zależało nawet na hałasie. Zależało nam na jednej wielkiej magmie.
Fama o dającej dzikie koncerty grupie szybko rozeszła się po Polsce, bo Łódź była wówczas centrum polskiego undergroundu. Od 1989 r. Skok współorganizował tu koncerty pod szyldem Wunder Wave, na który przyjeżdżały ze świata gwiazdy sceny punkowej. W pierwszej połowie lat 90. lider Jude współtworzył z kolei jedne z pierwszych imprez techno w Polsce – w bunkrze w łódzkim parku im. Poniatowskiego. Jude zaczęło jeździć po kraju, ale raz po raz odbijało się o ścianę. – Zakazy koncertowania były normą, ale czasami wypadki szły dalej – wspomina Skok. – Radni w Podkowie Leśnej chcieli podać organizatorów koncertu do sądu. Wielokrotnie donoszono organizatorom, że jesteśmy neofaszystami, groźnymi wariatami. Musieliśmy udowadniać, że jest wręcz przeciwnie: bierzemy udział w marszach w rocznicę nocy kryształowej w Warszawie, demonstracjach antynazistowskich, sami je organizujemy. Zdarzały się też sytuacje komiczne. Graliśmy na zaproszenie miasta podczas uroczystości związanych z rocznicą likwidacji getta w Łodzi. Jakiś urzędnik nie wytrzymał hałasu i biegał z zatkanymi uszami, grożąc podwładnym, że ich głowy polecą.
Skok, który za działalność antyfaszystowską zapłacił niejedną wybitą szybą w mieszkaniu, niejedną napaścią i znalezieniem się na liście Redwatch neonazistowskiej organizacji Blood & Honour, opowiada, że środowisko żydowskie trzymało się raczej od zespołu na dystans. – Bo nigdy nie byliśmy od nich. Poza tym w latach 90. łódzką gminę tworzyli prawie sami starzy ludzie – mówi Skok. I dodaje: – Za to totalnie byliśmy skłóceni z częścią sceny niezależnej. Bo byliśmy radykalni, traktowaliśmy nasz zespół serio, działaliśmy jak maszyny, co nie było wówczas normą. No i teoretycznie otwarte i tolerancyjne punkowe środowisko nie wiedziało, o co nam chodzi, nie interesowało się historią własnego kraju. Wiele koncertów zaczynaliśmy przy okrzykach: „Wypierdalać!”.
Mniej więcej od 2004 r. i wydania trzeciego albumu „Combat Exhaustion” koncertowa aktywność Jude osłabła. – Warunki koncertowania znacznie pogorszyły się, a nasza nazwa nadal jest w Polsce przeszkodą, łatwiej gra nam się w Czechach – mówi lider grupy, która w ciągu dekady nieaktywności zdążyła zyskać status zespołu kultowego. Jak tłumaczy Skok, była to jednak nieaktywność pozorna. – Cały czas razem graliśmy. Nie jesteśmy zespołem rockowym, który musi regularnie wydawać płyty i udzielać wywiadów.
Album „Stat” wynagrodził fanom Jude lata oczekiwań: to pół godziny muzyki tak brutalnej, ostrej, chropowatej i przygnębiającej, że po wysłuchaniu ma się ochotę tylko na zderzenie z rozpędzoną ciężarówką. Po „Stat” powinno też sięgnąć nowe pokolenie, wychowane na modnej ostatnimi czasy muzyce mistrzów ciężkiej i hałaśliwej muzyki: Godflesh, Swans czy Neurosis.
Zaskoczeniem może być nazwisko producenta albumu. Marcin „Cinass” Kowalski, współlider Cool Kids Of Death, odpowiada przecież za wyrafinowaną, popową produkcję ostatniego w karierze grupy albumu, a ostatnio skupia się na graniu z indie-popową grupą Girl And Nervous Guy. Kowalski jednak muzyki Jude nie tylko nie wygładził, ale przeciwnie – wydobył z niej całą prymitywną i niszczycielską moc, może tylko delikatnie akcentując, że w szorstkim jak papier ścierny hałasie kryją się hipnotyczne melodie.
– „Stat” to rozkręcona syrena ostrzegawcza, wyjący alarm i sygnał dźwiękowy nadchodzącej pożogi – mówi Skok. – Europy w najbliższym czasie nic dobrego nie czeka.
Jude, oprócz Skoka tworzą także Jacek Walczak, Michał Wojewoda i Maciej Derfel.
Jude zagra 26 września w Warszawie na festiwalu z okazji 20-lecia wytwórni Requiem Records. Między 24 i 26 września wystąpią również m.in. Kinsky, Pancerne Rowery, Rigor Mortiss czy Das Moon.