Wywiad KRONIKA MIASTA ŁODZI (2011r.)

Pytania: Błazej Filanowski


Rozmowa Błażeja Filanowskiego ukazała się w kwartalniku Kronika Miasta Łodzi nr 3(55)/2011

Rytmiczne, industrialne dźwięki połączone z wrzaskliwym i niepokojącym wokalem, elektroniką, gitarą i masą zgrzytliwych hałasów – cechuje bezkompromisową muzykę łódzkiego zespołu Jude. Założony w 1993 roku z inicjatywy Jacka i Macieja Walczaków, Konrada Grajnera i Wiktora Skoka jest wielowymiarowym artystycznym przedsięwzięciem. Członkowie formacji znali się ze sceny punkowej i hardcorowej, wspólnych inicjatyw lokalnej sceny, koncertów Wunder Wave oraz wspólnych wyjazdów do Berlina i Pragi. Zespół miał, więc być scementowaniem tej znajomości i okazją do wymiany indywidualnych odkryć artystycznych. Jude wyróżnia się nie tylko aktywnością muzyczną, ale również na polu sztuk wizualnych. Członkowie zespołu przygotowują projekcje filmowe, okładki płyt, plakaty, wlepki, szablony, druki. Pierwsze demo zatytułowane „Ultimate Obedience”, Jude przygotowali w 1997 roku. Płytą, która została szerzej zauważona i zebrała wiele pozytywnych recenzji była „Combat Exhaustion” wydana własnymi siłami w 2004 roku. Zespół nagrał ją w składzie założycielskim wraz z nowymi osobami: Anną Krupską i Łukaszem Frankiem.  Zespół wciąż działa, obywając się w tej chwili bez oficjalnych wystąpień, jego nowym członkiem jest perkusista Michał Wojewoda. Jude funkcjonuje konsekwentnie na marginesie wszelkiego ruchu kulturalnego, w undergroundzie samego undergroundu. Jest to świadomy wybór członków Jude, jak i efekt nikłego odbioru tego typu twórczości. O istnieniu projektu przypomniała w tym roku wystawa „L-UND Łódzka scena podziemna 1985-1995” na której prezentowano projekty graficzne promujące zespół Jude.

Rozmowa z Wiktorem Skokiem współzałożycielem zespołu Jude oraz kuratorem wystawy „L-UND Łódzka scena podziemna 1985-1995”.

Błażej Filanowski: Jude pojawiło się w kontekście wystawy o działaniach łódzkiego undergroundu między 1985-1995 rokiem. Ruch ten nie jest jeszcze dobrze znany ani opisany, czym mogłobyś scharakteryzować go?

WS:

Nie będę cię korygować, ale wydaje mi się nasz zespół nie pojawia się jedynie w kontekście tej wystawy. Istniejemy cały czas a nasze ujawnienia nie muszą być ani spektakularne ani permanentne aby świadczyły o funkcjonowaniu projektu.

Łódzki underground to zbyt długa i wielowymiarowa historia abym mógł odpowiedzieć w kilku zdaniach. Oczywiście początki tkwią gdzieś w głębokich latach 80., aby zdać sobie sprawę o czym mówię należałoby cofnąć się zupełnie w czasie. Epoka zaczyna być dziś opisywana także od strony ruchu niezależnego. W tamtym okresie w kulturalnym i muzycznym podziemiu przeważały postawy anarchistyczne, libertariańskie, pojawiały się próby budowania jakiejś autonomicznej kultury poza systemem ale także poza jego opozycją. Oczywiście okres największej erupcji tych działań w Łodzi przypada dopiero na przełom lat 80. i 90. oraz pierwszą połowę lat 90. Underground w Łodzi był trochę inny niż w reszcie kraju, miał swoje specyficzne odrębności. Posiadał jakości które kazały widzieć w nim nie tylko młodzieżowa subkulturę. Był znacznie bardziej radykalny estetycznie, rzekłbym ciemny, dark. Inny styl, dominacja czerni i bieli. Hardcore punk był tutaj najostrzejszy. Brutalny punk zupełnie pozbawiony melodyjności, bez jakichkolwiek elementów ska czy reggae. Z wielu powodów te nurty szybko zasiliły wpływy kultury industrialnej. Czarne uniformy czy duża ilość metalu w ozdobach – tak powierzchownie postrzegano „inność” Łodzi w innych ośrodkach w Polsce. Mówię zresztą tylko o jakimś wycinku tej historii…Na różnice wpływała specyfika życia w przemysłowej Łodzi, negatywne objawy degrengolady końca lat 80. bardziej dotkliwe niż gdziekolwiek w kraju. Ciemna muzyka, niekryty nihilizm, cynizm były formą negatywnej reakcji na pozór życia w przestrzeni zdegradowanej. Scena ewoluowała. Na początku lat 90. eksplodowało techno, my w przeciwieństwie do innych zdystansowanych lub wrogich tej nowości, od razu znaleźliśmy w tej wolcie kontynuację wielu postulatów sceny industrialnej. Bardzo skromne początki oczywiście przekształciły się w super szerokie zjawisko, gdzie zaistniało już wiele rzeczy, które były nam obce…

W Łodzi także w pewnym momencie, (około początku lat 90.) pojawiło się mnóstwo nowych ludzi, przybyszów z innych miast czy tez krajów, inne niż gdzie indziej kanały, jakimi mogła docierać tu sztuka i muzyka ze świata. W latach 80. były to kontakty z punkową sceną skandynawską, w latach 90. wpływ koncertów Wunder Wave oraz wykwit bogatej sceny klubowej. Na te różnice wpływ miało również nieistnienie dzisiejszych szybkich mediów. W mieście takim jak Łódź rozwijały się oryginalne trendy, lokalne mody itd. które były nieobecne gdzie indziej. Różnice były widoczne gołym okiem. Warta podkreślenia jest silna specyfika tych prądów, ich bezkompromisowość, bez potulności, poprawności, ugrzecznienia tak typowego dla obecnych tendencji.

To tylko kilka informacji, w rzeczywistości zjawisko było naprawdę wielowątkowe, bogate. Moja wystawa była jedynie próbą przywołania pozostałych śladów…

BF: Jesteście identyfikowani także z międzynarodowym nurtem muzycznym określanym jako „industrial”. Czy czujecie się tez częścią tego nurtu?

WS:

Zwykle artyści odżegnują się od uczestnictwa jakichś nurtach, oponują przed nazywaniem ich twórczości. Nam jest to obojętne. Słowo industrial nie jest złe. Choć uległo daleko idącej dewaluacji jest nam wciąż bliskie. Być może z racji naszego pochodzenia… To że pojawiliśmy się w łódzkim kontekście nie było dziełem przypadku. Jude oczywiście identyfikował się z Łodzią. Mieliśmy świadomość, że to co robimy byłoby zupełnie inne, gdybyśmy spotkali się gdzie indziej. Miasto samo w sobie, jego ruiny, postprzemysłowe dziedzictwo, dysfunkcje relacji międzyludzkich, patologia wszechobecna przemoc oczywiście miały maksymalny wpływ na nas jak i na naszą twórczość.  Być może od razu, od startu dawał nam status bardziej „industrialnych”… Industrial jest teraz bardzo szerokim określeniem, posiada multum wątków, nurtów, odłamów itd. Kiedy zaczynaliśmy, ta scena już wówczas była bardzo bogata. Trwał akurat wówczas prawdziwy bum, szczególnie w USA. Wiele z działających wtedy zespołów miało jednak charakter „disco industrialny”. Nasze podejście było bardziej radykalne. Interesowała nas  twórczość bardziej hałaśliwa i ekstremalna niż rzeczy takie, jak np. Skinny Puppy czy Front Line Assembly. Silnie wpływały na nas także zespoły, które odrzucały etykietę „industrial”, używały gitar etc. Wśród ulubionych byli na pewno Ministry, Godflesh i przede wszystkim Swans. Uczestniczyliśmy w ich koncertach, kontaktowaliśmy się z nimi bezpośrednio. Staraliśmy twórczo transponować ich wpływ. Całe szczęście rezultaty były nasze. Wkładaliśmy w to mnóstwo roboty…

BF: Jesteście zespołem bardziej nastawionym na kontakt z publicznością czy na pracę studyjną? Jak wyglądają wasze występy, czy ważna jest w nich plastyczna oprawa?

WS:

Nie ma między czym wybierać. Zawsze pracowaliśmy w różnych przestrzeniach. Nie posiadamy własnego studia, pracujemy nad muzyką tam, gdzie się akurat znajdujemy. W naszej sali (którą można nazwać jakimś typem studia) czy też w przestrzeni, gdzie także szukamy inspiracji, dźwięków itd. Jeśli działamy w miejscach publicznych oczywiście w grę wchodzi kontakt w odbiorcą, nie wybieramy. Jesteśmy otwarci na różne typy interakcji, choć doświadczenie wskazuje że czasem bywa to zdradliwe…

Nie będę opisywał naszych wystąpień, staramy się aby każde było wyjątkowe. Oczywiście wizualia są bardzo ważne w naszym bloku obrazów i dźwięków. Staramy się aby wszystkie elementy współgrały i w efekcie tworzyły jakiś mocny wyraz.

BF: Dlaczego waszym środkiem ekspresji stał się hałas?

WS:

Dotarliśmy w muzyce do takiego punktu, w którym niemal każda stylistyka, włącznie z industrialną zaczyna być wymyta, wyjałowiona. staje się zdegradowana, spauperyzowana i skomercjalizowana. Nie ma już znaczenia  czy sztuka jest oryginalna przestarzała czy też wtórna. Te atuty czy tez pejoratywy nie maja aktualnie jakiejkolwiek ważności. Kreacja, twórczość przestaje mieć siłę. Muzyka en gros staje się przewidywalną, skatalogowana pustą formą a nie nośnikiem żywych idei i energii. Odpowiedzią jest hałas. Ściana masywnego dźwięku jest jedyną siłą, obroną przez atak. Emisja hałasu wytwarza sytuacje przekroczenia, jeśli zostanie spełnionych kilka warunków, oddziaływanie jest katarktyczne. Oczywiście takie manifestacje były także naszym udziałem. Zwrócę jednak uwagę, że hałas jest dla nas jednym z wielu środków ekspresji. Większość tego co robiliśmy miało jakieś formy organizacji materiału, nawet melodyczne linie, powtarzalne elementy, chociaż nigdy nie stosowaliśmy usilnie schematu cztery na cztery z typowym refrenem. Wszystkie środki uznajemy za dostępne, selekcjonujemy, potem eksploatujemy to, co jest nam bliskie. Łącznie z kompletnym hałasem. W muzyce staramy się po prostu nie tolerować żadnego tabu.

BF: Wspomniałeś o wyczerpania się konwencji muzycznych, czy wasza aktywności miała charakter eksperymentu, ambicje przekraczania granic?

WS.

Zawsze mieliśmy świadomość, ze nie jesteśmy całkowicie nowatorscy. Nie zwracaliśmy uwagi czy kontynuujemy, rozwijamy czyjś eksperyment, czy tez jesteśmy jego inicjatorami. Ten postulat nowości, eksperymentu, postawienie nacisku na rewolucjonizm w sztuce nie był dla nas najważniejszy. Dominujący i wciąż elementarny postulat nowości jest funkcją syndromu wyczerpania i niepożądanej dekadencji. Odrzucamy to i nie jest to dla nas żadnym punktem odniesienia. Dla nas bardzo ważne jest rzemiosło. Bez niego nasza ekspresja nie byłaby pełna. Wszystko, co robiliśmy nie było wyłącznie jakimś jednorazowym wystrzałem, jakąś przypadkową synkopą. Zawsze nasze utwory mają muzyczne ramy i były możliwe do późniejszego odtworzenia.

BF: Czy kierowaliście się jakąś ideą, którą chcieliście zamanifestować przyjmując specyficzną estetykę i łamiącą tabu nazwę?  

WS: Wydaje mi się, że nie istniała jedna idea, był ich cały szereg. Od samego początku, mimo że stawialiśmy nacisk na spójność przedsięwzięcia, nigdy nie limitowaliśmy naszych pomysłów, nie aprobowaliśmy jedynej formy dla ich ujścia Niekiedy próbowano nas zaszufladkować jako przedstawicieli szerokiego nurtu zainteresowanego polskim dziedzictwem żydowskim i problematyką holokaustu. Mimo, że nasza nazwa, pewne aktywności i obrazy, które produkujemy wpisują się w te tendencje nigdy nie było dla nas nadrzędne. Podobnie jest z fascynacją przemysłem. To również nie może być traktowane jako najważniejszy wyznacznik. Oczywiście, są to elementy, które były dla nas istotne, wyróżniały nas ale nigdy nie dominowały.  W naszej spójności staraliśmy się pominąć wszelki eklektyzm. Jakiś patchwork rozmaitych dróg i poetyk. Wypracowaliśmy sobie przestrzeń, która mimo że wciąż ewoluuje i jest wielowymiarowa jest wciąż terenem Jude i niczyim innym.

BF: Trudno mi jednak odczytywać, Jude jako projekt przede wszystkim artystyczny, estetyczny bez komentarza dotyczący społeczeństwa i polityki.

WS: Jasne i podstawowe jest dla nas to, że każda sztuka jest polityczna. Nigdy nie odżegnywaliśmy się od polityki. Wcale nie chcieliśmy się wyabstrahować z szerszego kontekstu i zamknąć się w bezpiecznym świecie sztuki. To bardzo charakterystyczne dla zdezorientowanych artystów rzucających się w mały świat kwietyzmu. Głoszących swoje mikro frazesy o wolności sztuki i apolityczności… Jako jednostki nie jesteśmy ignorantami w kwestiach polityki, bez wrażliwości na problemy aktualności. Zawsze ustawialiśmy naszą twórczość w jakiejś realnej perspektywie. Nasza sztuka to przede wszystkim demonstracja tego, kim jesteśmy i jak widzimy rzeczywistość. Nie wymienię punkt po punkcie naszych postulatów czy haseł, nigdy nie chcieliśmy popadać w agitację. Gdy dokładniej przyjrzysz się naszym obrazom, drukom, ulotkom, esejom czy innym tekstom wszystkie te rzeczy stają się jasne. Zawsze naszym działaniom towarzyszy przekaz, jest zawarty w każdym detalu i każdym elemencie Jude.

BF: Przekaz dotyczący zagrożeń totalitaryzmem, funkcjonowania w systemie społeczno – gospodarczym, w którym występuje bezwzględność i brutalności… czy w ten sposób można określić go określić?

WS:

Nie chciałbym tego jednoznacznie określać i nie chciałbym tego zamykać w takich ramach. Dotykaliśmy różnej problematyki. Od tematów najbardziej osobistych do najbardziej uniwersalnych. Chcieliśmy robić muzykę totalną wymierzoną w totalne ideologie, mając, rzecz jasna, świadomość że ideologie totalitarne nie maja już dziś dawnej twarzy systemów  totalnych. Nastawieni jesteśmy na dekonstrukcję przyjętych norm ideologicznych i estetycznych w imię odnajdywania znaczeń, deszyfrowania. Jeśli chodzi o systemy totalitarne to zawsze interesowała  nas ich estetyka i wizualna propaganda, którą poddawaliśmy naszym sabotażowym modyfikacjom. Sięgamy wciąż po zabronione lub niewygodne motywy. Samo dotykanie tej sfery wywoływało kontrowersje. Wywoływało to najbardziej przewidywalne reakcje potępienia, powierzchownego odbiory przez pryzmat haseł typu „prowokacja”, „propagowanie nazizmu” itd. itd. Docieramy do problemu, który zawsze stawał się osią dialogu z ludźmi, którzy interesowali się naszą twórczością. Ubolewamy nad tym, że zbyt często sprowadzało się to do zupełnych uproszczeń.  Do kwestii jednoznacznych odpowiedzi na pytanie: „czy oni to popierają czy oni się temu przeciwstawiają?”

BF: Jesteście jednak świadomi mrocznego dziedzictwa totalitarnych systemów. Świadczy o tym wasz udział w 60. rocznicy likwidacji łódzkiego getta. W tekście, który napisałeś z okazji rocznicy poruszyłeś kwestie pochodzącego z języka niemieckiego słowa Jude na gruncie łódzkim. Wciąż w ulicznym słowniku jest używane do napiętnowania kogoś innego jako gorszego, słabszego. Czemu wybraliście taką nazwę?

WS:

Być może jest to dojmująca świadomość obecności upiorów z przeszłości, tych które nie zostały dostatecznie objęte egzorcyzmami. Udział Jude w oficjalnych obchodach na pewno nie ma zbyt wiele związku z naszą świadomością. W tym wypadku mam wiele uwag i negatywnych obserwacji. Nie sposób dostrzec powierzchowność tych doraźnych pokazów,  nie poparta żadną refleksją ani działaniami na rzecz rejonów, gdzie mieściło się kiedyś getto i „dzielnice żydowskie”.  Mówię tu przede wszystkim o edukacji oraz realnej poprawie warunków życia w tamtych kwartałach naszego miasta. Prawdziwa praca jaka powinna się odbyć nie opiera się na oficjalnych galach i propagandowych obchodach. Od dawna obserwuję ewolucje społecznych postaw jak i urzędowych wytycznych związanych z dziedzictwem łódzkiej społeczności żydowskiej. Gromadziłem wiedzę i informacje o łódzkim getcie zanim było to oficjalna i urzędową praktyką w Łodzi, kiedy nie było to jeszcze dobrze widziane. Nie włączaliśmy się nigdy w oficjalną debatę ale z pewnością nasze istnienie, szereg akcji, pokazów, nasze oddziaływanie miało wpływ na wielu ludzi. To że nazwaliśmy grupę Jude miało związek z miejscem z jakiego się wywodzimy. Gdy użyliśmy pierwszy raz tej nazwy mało kto pamiętał, że było w Łodzi getto. Wiedziała o tym wąska grupa starszych łodzian, historyków, badaczy dziejów najnowszych, ale 80% mieszkańców tego miasta nie wiedziało nic o istnieniu getta

BF: Zauważyłeś, że to słowo Jude jest mimowolnym, i absolutnie pozbawionym świadomości i wulgarnym ale świadectwem historii miasta. Jaki jest powód tego, że choć nie istnieje Łódź „czterech kultur” wciąż słowo Jude jest symbolem napiętnowania?

WS:

Mówiłem o tym setki razy, było tez wiele sytuacji, które miałby nam udowodnić że nasza nazwa jest „nieodpowiednia”. Nigdy nie myśleliśmy nawet chwile aby ją zmienić. Wiele powodów stoi za tym, że nasza nazwa jest adekwatna. Jednym z nich był na pewno negatywny ładunek słowa Jude. W wielu miejscach w świecie wystarczy dla skutecznego napiętnowania. Jest jakby wypalone znamię na czole. Tutaj nawet przed oczami staje obraz Marka Oberländera na podstawie okupacyjnej fotografii poniżonych Żydów przed egzekucją, z wyciętą gwiazda Dawida na czole. W tej nazwie mieściło się wiele i wciąż więcej: dotkliwość łódzkich uwarunkowań, dominacja mentalności tumultowej, depresyjna, dobijająca rzeczywistość skażona beznadzieją, wzmożone zagrożenie głupotą i agresją. Wybór zdawał się naturalna oczywistością. Słowo z jednej strony wzięło się z ulicy, ale tkwiło także mocno w naszej świadomości.  Każdy dzień w tym mieście potwierdza że postąpiliśmy właściwie.  Przypominam sobie absurdalne sytuacje, gdy na murach pojawiały się nasze plakaty, organizatorzy koncertów odbierali interwencyjne telefony z Urzędu Miasta, inni z kolei próbowali odwoływać te koncerty mówiąc że jesteśmy faszystami. Nasza nazwa oburzała i prowokowała, ale nie oburzały ani nie niepokoiły nikogo napisy Jude nasmarowane ręką osiłka na każdym kawałku muru tego miasta…

BF: Co dalej z łódzkim Jude, nad czym obecnie pracujecie? Gdzie można was usłyszeć?

WS:

Traktujemy nasz projekt serio, więc bez względu na wszelkie trudności nadal istniejemy. Z bardzo prozaicznych względów nie możemy grupy traktować jako swojego jedynego zajęcia. Pracujemy obecnie nad nowym materiałem, regularnie mamy próby. Mamy nowego perkusistę, który doskonale sprawdza się w zespole. Wkładamy w każdy fragment tego tworzywa naprawdę wiele uwagi i wysiłku. Nie warto o tym mówić zbyt wiele. To monotonna praca, pozbawiona wszelkiej spektakularności. Jeśli nasze wysiłki nie pójdą na marne będzie co oglądać i czego słuchać. To pewne.  W tym momencie nie warto mówić o żadnych planach. przyszłość pokaże ile z nich się ziści…