Wywiad LIBERTÉ (2011r.)

Pytania: Maja Dębska


DŹWIĘK RUIN
Rozmowa Mai Dębskiej z Wiktorem Skokiem ukazała się w XVII numerze magazynu Liberté  (kwiecień-czerwiec 2011)

Muzyka, która powstaje w łodzi jest “artystyczną odpowiedzią na miasto”. Łódź “drażni” i jest “chropowata”, przez co motywuje do działania. Nietypowa tożsamość tego miasta nie pozwoliła na klasykę i tradycję. Ukształtowała raczej skłonność do sztuki współczesnej, niszowej i do kulturowego fermentu. W odniesieniu do muzyki ta wzajemna relacja wydaje sie wyjątkowa i niepowtarzalna. A szczególnie w wypadku łódzkiej sceny industrial i punk, która w mentalnym krajobrazie postprzemysłowej Łodzi odnalazła swoje powołanie. O jej genezie, historii zespołu jude i związkach z miastem opowiada Wiktor Skok – ikona łódzkiego undergroundu.

Zespół Jude powstaje w 1993 roku. Jaka jest jego geneza i okoliczności powstania?

Wiktor Skok: W 1993 roku zdecydowałem się na działanie pod nazwą Jude, ale o wiele wcześniej czyniłem pierwsze próby związane w jakiś sposób z muzyką industrialną. Dowiedziałem się o industrialu jeszcze w głębokich latach 80. to były jedynie jakieś mikro sygnały, symptomy. Zacząłem wytwarzać hałas na wszystkich możliwych „instrumentach”. Złożyłem metalową perkusję i na Stokach robiłem hałas. Coś co wyobrażałem sobie jako muzykę, muzykę naśladującą maszyny, wojnę… Używałem wtedy taśm magnetofonowych i waliłem na metalowych beczkach, puszkach, skrzynkach. Później z kolegami próbowaliśmy ubrać to w jakąś formę, ale na początku sprowadzało się to tylko do eksperymentów. Trafiała do mnie coraz większa ilość takiej muzyki. Oczywiście na początku były S.P.K., TG, This Heat – ich muzyka miała spory wpływ. Równolegle istniała cała scena punkowa i muzyka punkowa, próbowałem łączyć te rzeczy. Około 1993 zszedłem się z ludźmi, którzy wydawali się dzielić te pasje i mieli energię aby robić coś wspólne. Obok aktywności na scenie punk hard core, zdecydowałem się na bardziej indywidualne akcje. Działanie na własny rachunek wraz z kilkoma przyjaciółmi. Wcześniej robiłem dużo koncertów punkowych. Byłem aktywny na scenie, życie załogi było moim życiem. Zdecydowałem się na współpracę z węższym kręgiem przyjaciół, gdzie mogłem liczyć na zrozumienie kontakt i współpracę. Przez wiele lat wcześniej byłem aktywnym miłośnikiem tej muzyki jej propagatorem. Dzieliłem się nagraniami, kopiowałem je dla wielu osób. Jeszcze w latach 80, przywiozłem tu, wiele płyt z taką muzyką i nie skąpiłem nagrywania ich wszystkim, którzy tylko tego chcieli. Rozpowszechniałem industrial pisząc artykuły i publikując je w moim zinie Zygoma. Tam jako jeden z pierwszych w Polsce pisałem o Throbbing Gristle, Einstuerzende Neubauten etc.

Było bardzo dużo przyczyn, które kazały w pewnym akcie desperacji założyć zespół. Już dużo wcześniej podkreślałem to moim kolegom, że działamy tutaj w Łodzi, jest to miasto industrialne, mamy pełne prawo korzystać z tego otoczenia. Mimo że był to przede wszystkim przemysł lekki (tak się mówiło o przemyśle tekstylnym). Infrastruktura zrujnowanego przemysłu (ponieważ on już wtedy był bardzo przestarzały, fabryki zaczynały wyglądać jak zabytki) emitowała szum. Odgłosy maszyn tkalniczych pracujących w dużych fabrykach było słychać non stop, w dzień i w noc. Nawet z punktu widzenia ciekawości pozbawionej wymiaru estetycznego było to niepowtarzalne. Paradoksalnie tego industrialu więcej było w Łodzi w latach 80. Mówię o takiej „sonisferze”, o dźwięku miasta. Wtedy Łódź była bardziej hałaśliwa niż w latach 90, kiedy nastąpiła degrengolada przemysłu, degrengolada Łodzi przemysłowej.  

Czyli łódzkie pochodzenie ma duże znaczenie dla formy i przekazu Waszej twórczości?

W.S.: Miało kapitalne znaczenie dla nas i dla naszej formy. Korzystaliśmy z przemysłu, postrzegaliśmy go jako źródło inspiracji jak i tworzywo samo w sobie. Tym różniliśmy się od większości otoczenia, od kolegów ze sceny punk, których podejście do przemysłu i industrialu, otoczenia fabrycznego było zdystansowane, takie inteligenckie. Przeważało podejście raczej negatywne, deprecjonujące ten element otoczenia, odrzucające je, bo jest to brudny przemysł, masa ludzka, zanieczyszczenia, smród. Natomiast my podchodziliśmy do tego, może nie jak do pełnego dobrodziejstwa, które otrzymaliśmy razem z dziedzictwem miejsca urodzenia, ale realnie. Rozumieliśmy, że to na nas wpływa, że tego nie odrzucamy, a wręcz wykorzystujemy, że stanowi to dla nas pewien element inspiracji.

W jaki sposób przejawia się to w twórczości?

W.S.: W Jude akurat to dosyć problematyczne. Zanim jeszcze zaczęliśmy grać i zamknęliśmy to w formie czterech liter i wymiarze zespołu, który używał takiego, a nie innego instrumentarium, mieliśmy za sobą dużo eksperymentów związanych z hałasem, z laboratorium dźwiękowym które czyniło równoprawnymi dźwięki otoczenia, dźwięki maszyn rytmicznych, instrumentów elektronicznych, rezonansowych pudeł z blachy, beczek, kartonów itd

Jak to wyglądało? Nagrywaliście sample?

W.S.: Robiliśmy sample kiedy mieliśmy już sampler łatwiej można było już nad tym panować. Wcześniej używaliśmy zwykłych magnetofonów kasetowych, dyktafonów itp. Nagrywaliśmy rzeczy na ulicy, gdziekolwiek jeździliśmy – robiliśmy „pamiętniki dźwiękowe”.

Wymieńmy te miejsca…

W.S.: Najwięcej nagraliśmy w Berlinie, U-Bahny, S-Bahny w Berlinie, kolej, ruch uliczny, syreny…

A w Łodzi?

W.S.: W Łodzi nagrywaliśmy na złomowiskach, torach kolejowych, bocznicach PKP, w halach zakładów Komax, w halach MPK. Te sample bywały użyte potem w Jude i w moich samodzielnych nagraniach. Nagrywaliśmy na ulicy, nagrywaliśmy rzeczy w małych fabryczkach, w jakiś zakładach, gdzie jedna maszyna wystarczała, żeby zrobić naprawdę dobry serialny hałas. Potem używaliśmy najprostszego, ale dobrego oprzyrządowania elektronicznego, żeby ten dźwięk jakoś przetwarzać, żeby go multiplifikować, albo zapętać, albo robić z niego jeszcze większy hałas, wzmacniać sygnał. Nie byliśmy nigdy profesjonalistami z profesjonalnym sprzętem. Często chodziliśmy tylko z dyktafonem, żeby to wszystko zmontować. Nagrywaliśmy na zwykłych audiotaśmach, które miały różną jakość, dużo szumów. Ale z drugiej strony posiadały też pewne atuty w stosunku do dzisiejszego cyfrowego zapisu. Miały inną dynamikę i ta specyficzna dynamika sprawia, że dzisiaj kopiując z taśm, lepiej pracuje się nad tym, niż nad dźwiękiem nagranym cyfrowo. Mimo tych atutów jakieś hierarchie pomiędzy analogowym, a cyfrowym graniem zawsze były mi obcy. Używaliśmy wszystkich możliwości. Przede wszystkim istnieje dobre granie. Współczesne techniki cyfrowe są coraz tańsze, można na nich zrobić coraz lepsze rzeczy.

Wracając do tożsamości miasta. Kiedy myślicie o nagrywanym materiale dźwiękowym, to wyobrażacie sobie Łódź przemysłową z drugiej połowy XIX wieku, fabrykantów, Scheiblera, Poznańskiego czy wręcz odwrotnie, Łódź lat 80, 90 i schyłek tej potęgi?

W.S.: Raczej to drugie. (śmiech) Podczas pracy nie myślimy zbyt wiele o żadnej spuściźnie, robimy muzykę. Niemniej jednak jesteśmy z tego miasta, z całym bagażem jego negatywnych, a także pozytywnych cech. Korzystamy z niego w sposób otwarty. W pewien sposób jesteśmy świadomi historii tego miasta, zwłaszcza że wraz z kolegami z zespołu zawsze interesowaliśmy się Łodzią i jej przeszłością. Nigdy nie interesowało nas podejście nostalgiczno – zabytkowe. Traktowaliśmy Łódź jak żywy organizm – Łódź nie tylko przemysłową, fabryczną, czerwono-ceglaną – ten XIX wieczny cud gospodarczy i demograficzny. Ale dla nas Łódź to także mniej spektakularne fakty rozwoju miasta. Wielkie osiedla mieszkaniowe, masa zmutowanej, wykorzenionej tkanki społecznej, populacja bardzo przemieszana, upośledzona pochodzeniowo. Kultura ruralna zespolona z wielkomiejską. Efekty mutacji wiejskiego i wielkomiejskiego – to wszystko miało duże znaczenie. Dodatkowo wpływała na to obserwacja tego schyłku, degradacji pauperyzacji łódzkiego społeczeństwa w latach 90. w kolejnych latach. Nie zaprzeczymy temu wpływowi…

Brudna, włókiennicza Łódź jest jedyna w swoim rodzaju, chyba nie da się jej porównać z innymi miastami w Polsce.

W.S.: Akurat jeśli chodzi o przemysł, jego reguły, rozmieszczenie stref przemysłowych, ich  budowę wiele cech jest zbieżnych. My akurat jesteśmy stąd i korzystaliśmy z tego, co tutaj. Oczywiście, że gdziekolwiek jeździłem, zawsze byłem zainteresowany tą przemysłową rzeczywistością. Paradoksalnie, to chyba zabrzmi jak herezja, ale jeśli chodzi o przemył i o ilość terenów przemysłowych, to Kraków wraz z Nową Hutą posiada prawie równą, albo jeszcze większą ilość stref przemysłowych niż Łódź.

Niemożliwe!

I nie tylko Nowa Huta jest ważna, ale sam Kraków. Patrzymy na to miasto przez pryzmat Starego Miasta  otoczonego Plantami ewentualnie trochę szerzej. To stereotypy, które rządzą naszą percepcją. Przecież w Krakowie mamy do czynienia z elektrowniami, zakładami przemysłu budowlanego i metalowego, cementowniami itd. przemysłowymi. Centrum otoczone jest także sporymi osiedlami wielkopłytowymi. Do dzisiaj przetrwały w Krakowie dosyć duże strefy przemysłowe, zrujnowane, czy okaleczone, ale również stanowią fajną inspirację. Gdy tam studiowałem, miałem dobrych przewodników w tamtejszych propagatorach peregrynacji po obiektach przemysłowych, razem z nimi chętnie odwiedzałem te miejsca.

Istnieje jednak różnica pomiędzy Krakowem, a Łodzią. Łódź narodziła się jako miasto dzięki fabrykom…

W.S.: Łódź to miasto zbudowane wokół fabryk. Temu zaprzeczyć się nie da. Ale nie da się też znieść obserwacji że Łódź to taki mutant wsi i miasta. Kiedy zaczęto robić przemysł, zbudowano wokół niego miasto bez zbytniej dbałości o to aby posiadło ono cechy wielkomiejskie. Dlatego ono nigdy nie było pełnowartościowym miastem, z infrastrukturą, z porządnymi utwardzonymi ulicami, dworcami, placami, promenadami – ze wszystkim, co miało porządne miasto na zachodzie Europy. Ale i tak Łódź na tle innych miast polskich była wielkomiejskim organizmem. W wieku XX wyróżniała się i była trochę obca pod względem dynamiki rozwoju, oraz wieloetnicznego charakteru od innych miast w Polsce. Pomijając dygresje historyczne zdawaliśmy sobie sprawę z fabrycznego pochodzenia tego miasta. Inspiracja industrialna, i to że mieszkamy w Łodzi pozwalało mi mówić do moich kolegów, że mamy jak największe prawo robić taką muzykę, jak największe powody żeby robić taką muzykę, inspirować się miastem, inspirować się maszynami, inspirować się tym zrujnowanym, czy też dogorywającym industrialnym krajobrazem miasta. On jest nam bliski cały czas, nigdy nie czuliśmy wobec niego jakiegoś strachu, nie był nam obcy ani groźny.  Był naszym naturalnym otoczeniem. Wciąż chodziliśmy na bocznice kolejowe, do tzw. fabryk domów, na składy budowlane, do żwirowni, lubiliśmy przestrzenie, gdzie duże połacie terenu nie miały ani kępy trawy, bo były wybetonowane lub wysypane, wyłożone płytami betonowymi, albo tak zatrute, że nic tam nie wyrosło.

Mówimy o przestrzeni miasta. A jak ma się ona do nazwy zespołu Jude?

Co oznacza ta nazwa?

W.S.: Nazwa jest z ulic tego miasta. Intencje czy też ładunek znaczeń przydawanych temu słowu jest tak różny że nawet nie uda się tego streścić. Oczywiście historia etniczna i społeczna tego miasta również miały na to wpływ, ale wybór nazwy Jude nie był związany z eksponowaniem martyrologii. Mieliśmy świadomość getta w Łodzi, świadomość holocaustu. Wybór był bardziej prozaiczny. To hasło było wszędzie, otaczało nas na każdym murze. Wystarczyło sięgnąć wzrokiem. Dla wielu problematycznym jest zaakceptowanie takiego podejścia, że słowo Jude nie ma tutaj realnego związku z Żydami. W kontekście łódzkim jest po prostu wyrażeniem negatywnym. Wielu młodych ludzi używających tego hasła w latach 80. czy 90. nawet nie wiedziało, że Żydzi żyli kiedykolwiek w tym mieście. To tym bardziej bolesne, że jest to wynik jakiejś olbrzymiej ignorancji, zaniedbań edukacyjnych. Braku realnej wiedzy o miejscu w którym się egzystuje. Efekty wykorzenienia, tego że większość tych młodych to dzieci wykorzenionych, przybyszów z polskiej prowincji, pierwsze pokolenia kolosalnej powojennej migracji ze wsi do miast. Łódzcy kibice używali Jude zamiast słowa ‘wróg’ czy też ekwiwalentu słowa ‘dupa’. Żyd to słowo oznaczające coś złego – zły, gorszy, koślawy. Dopiero potem, za pomocą wielu akcji uświadamiających tłumaczono mniej lub bardziej skutecznie społeczeństwu w Łodzi, młodym pokoleniom, że to słowo ma głębsze znaczenie. Dopiero w końcu lat 90, nawet dopiero w latach 2000 zaczęto akcje na rzecz przewartościowania słowa Jude w języku publicznym. Dopiero Żydzi, którzy przyjeżdżali tu na wycieczki aby odwiedzać rodzinne miasto, oglądać pamiątki, cmentarz przy ulicy Brackiej, synagogę zwrócili łodzianom a raczej łódzkim elitom na wszechobecność obraźliwych napisów Jude w mieście. My świadomie w 1993 użyliśmy tej nazwy i od razu napotkaliśmy na sprzeciw. Negatywne reakcje niemal wszędzie. Kiedy rozwiesiliśmy plakaty z naszą nazwą rozdzwoniły się interwencyjne telefony z Urzędu Miasta. Telefonowano do organizatora do klubu, do teatru, w którym mieliśmy grać. Naszej nazwy nie można było wymieniać w mediach. To budzi we mnie taką Absolutnie ignoruje się niezdefiniowany „antysemityzm ludowy”, uważa się, że nie istnieje, nie zauważa się go przez całe dekady. Ale kiedy ktoś zaczyna poruszać te sfery i świadomie używać tego słowa, posługuje się nim w sposób koncepcyjny – posądzany jest o prowokację. Wtedy zaczyna się rwetes, problem i sensacja. Pojawiają się mniej lub bardziej sensowne oskarżenia, kontrowersje, naciski itd.

Czyli jest to słowo z ulicy, ale w Waszym przypadku użyte nie bezrefleksyjnie.

W.S.: Ok., słowo wzięło się z ulicy, ale także wynika także z naszej świadomości otoczenia.  Jakiegoś analitycznego podejścia do najbliższych świadectw cywilizacyjnych. Kiedy założyliśmy zespół o tej nazwie, mało kto pamiętał, że było w Łodzi getto. Wiedziała o tym wąska grupa dziennikarzy, historyków. Ale 80% Łodzian nie wiedziało nic o getcie.

Jak zdefiniowałbyś tożsamość Łodzi?

W.S.: Łódź  miała wieloetniczną tożsamość do końca II wojny światowej. Na kształt miasta i na jego rozwój wpłynęły osoby nie narodowości polskiej. To powinno być otwarcie powiedziane – tego miasta nie stworzyli Polacy. Polacy stanowili tu siłę roboczą. Pracowali jako niższy personel w fabrykach i jako prości robotnicy. Polska część łodzian była w większości plebejsko – robotnicza. We władzach miasta Polacy w znaczący sposób pojawili się dopiero po 1918 roku. Wcześniej Łódź była administrowana przez carat, ale rządzili nią Żydzi i Niemcy – oni budowali potęgę tego miasta, początki infrastruktury, ulice, a także wpłynęli znacząco na jego tożsamość. I dlatego Łódź była mało zrozumiana i obca przez całe 20-lecie międzywojenne, w kontekście kraju dopiero wychodzącego ze struktury półwiejskiej stanowiła obcy organizm. Na pewno Łódź była mniej polska niż wszystkie inne miasta. 20-lecie międzywojenne zmieniło tę strukturę ale rozwinęło miasta w sposób tak intensywny jak poprzednie dekady. Po wojnie struktura społeczna uległa totalnym przeobrażeniom, można to nazwać absolutna transakcję populacji. Było to elementem tej kolosalnej powojennej migracji która sięgnęła chyba ponad 80% Polaków. Gdybyśmy spojrzeli na liczby, to niewielki odsetek łodzian posiada przodków który żyli tu przed wojną. Mimo wielu zmian, budownictwa, rozwoju; dla Łodzi jako miasta okres po II Wojnie Światowej był z wielu względów destrukcyjny. Efektem była głęboka stagnacja. To w czym żyjemy dziś, jest owocem tych drenujących procesów.

Mówisz, że nie chcecie prowokować, a jednak posługujecie się symboliką nazistowską. Pojawia się na okładkach Waszych płyt i na plakatach. Sama czcionka napisu Jude nasuwa konkretne skojarzenia. Cytat z Waszej strony internetowej należy do Hansa Carossy – pisarza z okresu II wojny światowej, cenionego przez wyznawców Hitlera.  

W.S.: Tak, czcionka jak najbardziej, zwłaszcza wersja Tannenberg… Ale hasło Hansa Carossy było uważane za hasło opozycji antynazistowskiej i używane przez przeciwników hitleryzmu. Wydaje mi się ono na tyle eteryczne i niejednoznaczne, że postanowiliśmy z niego skorzystać. Staraliśmy się unikać jednoznacznych symboli nazistowskich, ale estetyka nazi jest bez wątpienia atrakcyjna i służy nam za narzędzie. Stosowaliśmy ją, i być może wystarczyłoby posłużyć się kolejnym cytatem. Tym razem Crass: The nature of your opression is the aesthetic of our anger. W muzyce nie można stygmatyzować, nie można niczego zabronić. Te symbole stanowią ładunek historii, spuścizny estetycznej, która jest bliska naszym czasom i na pewno będziemy korzystać z takiego rezerwuaru. Większość tych świadectw jest naładowana ideologicznie i historycznie, że są to przedmioty nieneutralne. Dlatego chcemy się z nimi wadzić. Deformować je, kompilować z innymi, wypaczać ich znaczenia. Są naładowane znaczeniami, traumatyczną historią. Stanowiły czasami narzędzie, posiłkowano się nimi prowadząc zbrodniczą działalność, stanowiły ozdobę zbrodniarzy i dlatego chcemy się z nimi konfrontować, a tym samym wchodzić w jakąś relację. Chcemy pokazać, że się ich nie boimy. Większość odbiorców boi się, chcieliby je pominąć, zamazać fakt, że one kiedykolwiek istniały. Szczególnie w Niemczech udawano, że tych rzeczy po prostu nie było, że nie istniały. Próbowano pokazać, że nazizm był wybrykiem patologicznej grupy polityków, czy wyznawców. A tymczasem jest elementem historii tego kraju, ale też elementem historii Europy. Jakkolwiek byśmy potępiali nazizm, to stanowi on element kultury Europy. Bardzo długo będzie się odbijał tutaj czkawką i bardzo długo Europa w tym także Polska będzie rozliczała się z tego okresu…

Jakie są reakcje odbiorców na to, co robicie. Wszyscy rozumieją Wasze intencje? Na jakiego widza liczycie?

W.S.: Ooo, tutaj można byłoby opowiadać i opowiadać. Barwne, nie zawsze krzepiące historie… mieszanina uprzedzeń głupoty, ignorancji itd. Próbowano nam uniemożliwiać koncerty, bo uważano, że jesteśmy nazistami. Byliśmy niewygodni. Odbiory były różne. Ale kiedy ktoś wniknął w nasze intencje, jasne stawały się dla niego nasze odniesienia i fakt, że nie ulega najmniejszej wątpliwości, iż nie jesteśmy nazistami. Natomiast liczyliśmy na taką publiczność, jaką mieliśmy, szczęśliwie docieramy także do otwartych i świadomych ludzi. Wykonujący jakiś wysiłek by przyjąć to co mamy do przekazania/pokazania.  Nasza publiczność jest różnego rodzaju. Nie ograniczamy tego kręgu. Odbiorcy Jude pochodzą z różnych środowisk.

W jakich miejscach koncertujecie? Jakie preferujecie? Sami je wybieracie?

W.S.: Nie chcieliśmy grać w klubach rockowych.

A dlaczego nie?

W.S.: Bo kluby rockowe uwarunkowują widza i odbiór muzyki. Nie chcieliśmy grać w klubach z barem, z reklamami piwa gdzie jakiś zespół poci się a i tak jest to akompaniamentem do konsumpcji…. Zdecydowanie bardziej odpowiadały nam dziewicze miejsca, które nie były związane z muzyką, ani z żadną popkulturą, ani ze światem rozrywki. O wiele lepiej, mimo że o wiele trudniej było zagrać w tunelu, w podziemiach, czy w jakimś zupełnie pozbawionym rockowego, czy muzycznego kontekstu miejscu. Ale nawet pominąwszy to, kluby rockowe powodują, że grasz dla publiczności, która stoi przy barze, pije piwo, beka, ogląda cię jednym okiem lub w ogóle nie jest tobą zainteresowana. Kluby rockowe są też kiepsko nagłośnione. Jak tylko mogliśmy, próbowaliśmy grać w innych miejscach. Oczywiście zdarzało się zagrać także w klubach, ale woleliśmy grać w takich miejscach, jak galerie, Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, w miejscach nie związanych z muzyką rockową, popową itd.

XXX

To są w pewnym sensie pamiątki industrialnej Łodzi…

W.S.: W pewien sposób tak. Pierwszy raz zagraliśmy w na pół zrujnowanym Pałacu Grohmana, który dziś używany jest jako miejsce wystaw. W ostatnich miesiącach odbywają się tam pikniki społeczno kulturalne… W tamtym czasie to było bardzo zaniedbane i zniszczone miejsce. W pewien sposób bliskie mi sentymentalnie. Naprzeciwko Pałacu Grohmana był jego dom mieszkalny – dawne Muzeum Artystów, a jeszcze wcześniej, w latach 70. w tym samym budynku mieściło się przedszkole przyzakładowe zakładów „Uniontex”. Chodziłem do tego przedszkola. Te miejsca były mi bardzo bliskie pod względem sentymentów. Moja matka uczyła w Zespole Szkół na Kilińskiego. Znam te miejsca od dziecka. Cała Łódź jest pełna miejsc które działają na moje emocje, zbyt długo tu mieszkam aby było inaczej. Na pewno ma to wiele rodzajów wpływu na to co gram czy też opatruję jakaś formą…

Czy kiedy koncertowaliście poza miejscem zamieszkania, publika identyfikowała Was z Łodzią? Co na to wpływa?

W.S.: Tak, jak najbardziej, od samego początku byliśmy uznawani za zespół łódzki. To wiązało się z wizerunkiem Łodzi i ludzi z Łodzi. Chodzi o też identyfikację wizualną. Ubieraliśmy i ubieraliśmy się funkcjonalnie. Stroje robocze, militarne, ogolone głowy, glany, łańcuchy, metalowe ozdoby prosto ze złomu lub wyrwane z jakichś zezłomowanych maszyn…  Punkowcy z Łodzi wyglądali wtedy inaczej niż punkowcy z innych miast. Mieli bardziej brutalny wygląd…

Dało się rozpoznać, że jesteście z Łodzi?

W.S.: Oczywiście! Ludzie dobrze wiedzieli, że muzyka stąd, sztuka z Łodzi jest radykalna. Radykalizm, katastrofizm to bardzo dobry wymiernik pochodzenia. Mizantropia, nieobecność jakiś wątków społecznych, raczej aspołecznych, raczej nihilizm niż konstruktywne podejście. Tak to pokrótce wygladało…

A sam przekaz muzyczny? Poza nim posługujecie się także zdjęciami…

W.S.: Wizualia odgrywają bardzo dużą rolę. Używaliśmy druków, wideo. Drukowaliśmy własnym sumptem ulotki foldery, ja robiłem zina Zygoma potem Plus Ultra. Zespół miał być laboratorium różnych mediów. Używaliśmy wszystkiego, czego mogliśmy używać. Robiliśmy druki, kolaże, szablony. Nigdy nie ograniczaliśmy się do kontekstu zespołu muzycznego który gra próby, a później występuje w klubach. Raz na jakoś czas nagrywa płyty i je sprzedaje…

Próbowaliśmy robić więcej, uczestniczyć w przestrzeni, zostawiać znaki obecności, inskrypcje, szablony, naklejki etc. Organizowaliśmy wystawy, prezentacje w miejscach takich jak wozownia Pałacu Biedermanna. Po pierwsze aby nie pokazywać się w klubach po drugie wykorzystywaliśmy jakości takich miejsc ich przeszłość i znaczenia w historii. Akurat ta wozownia była siedzibą jednej z wart wokół łódzkiego getta…

Taki jest mentalny obraz tego miasta?

W.S.: Mentalny obraz Łodzi to ruina pokryta lukrem rachitycznej propagandy i promocji. My ten stan definiowaliśmy dużo wcześniej, zanim dotarło do ludzi, że to miasto jest upośledzone i w tej postaci skazane na degradację. Definiowaliśmy go na modłę własnej estetyki.

Tak mówisz, jakbyś Łodzi nie lubił…

W.S.: Mój stosunek do Łodzi jest po prostu realny. Bez nienawiści, ani miłości. Obserwuję i daję swój własny obraz. We wszystkich artefaktach ale także w każdej postawie najważniejsze było realne podejście do rzeczywistości. Pojmowanie i postrzeganie jej taką, jaka ona jest, podejście, nie życzeniowe, bez sentymentalizmu, bez złudzeń…

Mieszkasz w Łodzi od 6 lat. Kiedy przyjechałaś do Łodzi, dopiero wtedy zaczynała dochodzić do głosu grupa ludzi, która zaczęła się interesować tożsamością tego miasta. Wcześniej nie było żadnej refleksji. Gazeta Wyborcza tworzyła obraz miasta zafałszowany, a inne media korzystały z tego słodkiego, nierealnego paradygmatu w sposób bezkrytyczny. Refleksja o tym, że Łódź  jest problematycznym tworem, skazanym na wymarcie, albo na bardzo długą wegetację nie przechodziła ludziom przez gardło przez całe lata. Ludzie nie wiedzieli co powiedzieć lub fałszowali obraz tego miasta. Przeciętni Łodzianie nie wiedzieli, jak interpretować te szybkie przemiany. Degrengolada tego miasta, kiedy upadł przemysł w Łodzi spowodowała taką sytuację, której nie dało się szybko zdefiniować. My patrzyliśmy na to realnie. Nasze diagnozy się później sprawdziły, być może tylko zostały trochę zmodyfikowane, lepiej opowiedziane – bardziej parlamentarnie…

Zaobserwowałam ostatnio usilną próbę szukania tożsamości Łodzi, zdefiniowania czym ona jest, nawet w momencie gdy Łódź ubiegała się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Tylko szybko odpadła… Dlaczego? To znaczy, że jej definicja była nietrafiona?

W.S.: Od tego abstrahuję. Pozytywnie oceniam te wysiłki niektóre są jedynie usiłowaniami bo opierają się na fałszywych dereistycznych przesłankach. Część tej pracy topi się w akcjach wielu karierowiczów oportunistów którzy od lat bezużyteczni dla miasta czerpią z tej niejasności nieprzejrzystości realne profity. Moje oceny tego syfu są dosyć negatywne, radykalne i pozbawione jakichkolwiek złudzeń. Przez lata miasto w było nie przetłumaczone, nieopisane. Rzeczywistość zmieniała się bardzo szybko a ludzie realnie obserwujący nie mogli dojść do głosu. Korzystano z dawnych źródeł, które straciły swoją aktualność, a kwestia tożsamości pozostała otwarta. Mamy do czynienia z miastem, które się zmienia i są to raczej negatywne procesy, tego nie zahamuje nawet grupa miejskich aktywistów, którzy próbują to miasto zreformować, zmeliorować, uczynić bardziej przyjaznym człowiekowi, nadać ludzkie wymiary…

Ja to doceniam!

W.S.: Ja też doceniam, ale patrzę na to w realny sposób i stwierdzam, że poprzez działania parakulturalne, pikniki, ich friendly przyjazne dla mieszkańców akcje nie wytworzy się realnych zmian. Realne zmiany będą tworzone przez rynek, ekonomię i procesy masowe. Te kwestie są dla Łodzi bezlitosne. Aktywnie jednostki stanowią elitę  ich działania wpływają jedynie na wąską grupę odbiorców. Nie do pominięcia jest również to że z ich potencjału czerpią ci sami gracze którzy dotąd dbali jedynie o utrzymanie dotychczasowego status-quo. W tym upatruję też korzeni porażki Łodzi w tych zmaganiach, mimo cennych inicjatyw prymat mieli tam mierni z natury, znani już od lat pieczeniarze ulokowani w instytucjach hojnie dotowanych przez UMŁ.

Spójrz na inicjatywę puszczania lampionów na łódzkich Chojnach… Ta inicjatywa skonfrontowała się z łódzką masą ludzką. Ładna inicjatywa ludzi utonęła w morzu wulgarności i brutalności plebejskiej Łodzi. Ludzie chcieli wytworzyć jakąś dobrą atmosferę, a zostali zdominowani przez chamstwo i brutalność.