Tekst nie był wcześniej publikowany.

Jakie znaczenie ma dla ciebie Łódź i jak to się przejawia w twórczości twojego zespołu?
Można powiedzieć – kolosalne, zasadnicze. Począwszy od nazwy, całej idącej za nazwą i za muzyką, estetyki, przejawów jakiejkolwiek ekspresji itd. Zawsze wprost to akcentowaliśmy, podkreślając że w żadnym innym miejscu nie powstałoby coś takiego jak Jude. Cała estetyka tego zespołu, wypływa wprost z otoczenia, z charakteru tego miasta, z jego specyficznego klimatu. Łódź zawsze postrzegana była jako ośrodek wielkiego przemysłu. Wielkie tkalnie, przędzalnie. Fabryki z czerwonej cegły, pracujące na trzy zmiany, 24 godziny. Aktualnie wielkoprzemysłowy charakter zanika stopniowo na rzecz jakiegoś rozdrobnienia, zaniku wielkopowierzchniowej produkcji, wielkich hal produkcyjnych itd. Ten proces trwa już praktycznie od 10 lat. Pozostałości, echa potęgi fabrycznej Łodzi są wciąż obecne wokół. Dzisiejsze ruiny były kiedyś czynne całą dobę. Był to przede wszystkim przemysł lekki, zakłady tekstylne, różne szwalnie, zakłady włókien przemysłowych, włókien chemicznych, jakieś zakłady ubraniowe… Te fabryki otaczały nas w samym centrum, praktycznie z każdego miejsca blisko było do jakiegoś zakładu. Ale na obrzeżach miasta, przede wszystkim na Teofilowie i na Dąbrowie przemysłowej, za Zarzewiem, znajdują się też inne miejsca. Duże strefy przemysłowe zakładów innego przeznaczenia, nie tylko tekstylnych. Na Dąbrowie, oprócz zakładów takich jak Polanil, były także zakłady budowlane, metalowe. W ostatnich dekadach tzw. komuny próbowano łódzki przemysł zróżnicować, wprowadzić inne typy produkcji, ale zanim się to stało, wszystko przewróciło sie praktycznie z dnia na dzień.
Mówiłeś że mieliście jakieś swoje charakterystyczne punkty w Łodzi.
Bardzo polubiliśmy penetracje różnych terenów przemysłowych, poprzemysłowych szczególnie tzw. fabryki domów, na przykład Exbud na Teofilowie, wielkie magazyny sprzętu i materiałów budowlanych po drugiej stronie miasta w rejonach ulicy Lodowej. Zwiedzaliśmy rejony EC IV, betonowe wiadukty, bocznice kolejowe na Olechowie i opuszczone budynki, wieżę ciśnień i bunkry w tych okolicach. To były nasze miejsca, obiekty wędrówek i czasami wspólnego grania i akcji. Od destrukcji do konstrukcji. Właśnie tam znajdowaliśmy swoje punkty, zakątki, źródła inspiracji. Chociaż niejednokrotnie musieliśmy kryć się przed strażnikami czy sokistami. Właśnie w tych miejscach… czujemy się tam lepiej, te zakątki są nam o wiele bliższe niż zapełnione ludźmi miejsca w centrum. Wpływało też na naszą muzykę. korzystaliśmy z jakichś gotowych materiałów, złomu, odgłosów, gotowych dźwięków, nagrywaliśmy w halach, korzystaliśmy z echa, rejestrowaliśmy szum na ulicach, próbowaliśmy łączyć to z innymi formami. Stworzyliśmy sobie takie dźwiękowe laboratorium, którego pewne echa znajduje się w naszej muzyce, niemniej jednak część tych zapisów, eksperymentów w ogóle jeszcze nie ujrzała światła dziennego. To były całe serie eksperymentów z stricte przemysłową muzyką. Bez jakiejś specjalnej organizacji materiału dźwiękowego, czysty hałas.
Gdzie się jeszcze “zapuszczaliście”?
Mieliśmy wiele innych ulubionych miejsc, na przykład ruiny Anilany na Widzewie, Zakłady Marko i bocznice kolejowe za dworcem Łódź Kaliska, zakłady na Teofilowie lub te, za dzielnicą Dąbrowa. Spędzaliśmy tam całe dni. Wchodziliśmy na kominy, wysokie dachy, wieże, słupy oświetleniowe. Podkradaliśmy się pod elektrownie, najbliższą tutaj na Bałutach ECIII, na tory i bocznice obok. Kiedyś w nocy wdarliśmy sie do EC IV na Olechowie, szybko nas wykryli i zostaliśmy zatrzymani. Spędzaliśmy dużo czasu w miejscach opuszczonych, odludnych, zniszczonych. Unieruchomione, opuszczone, długo pozbawione ludzkiej ingerencji są dla nas idealne. Aktualnie są już w zupełnym zaniku, wyburza się je sukcesywnie. Jednak nadal jest jeszcze trochę takich „naszych” stref. To co robię z zespołem, to co trafia do ludzi, jest jakąś wypadkową tych akcji, penetracji. Naszych pozamuzycznych fascynacji, naszych peregrynacji do zrujnowanych fabryk, opuszczonych magazynów, ramp, bocznic itd. Przekłada się to oczywiście potem na formę, którą można nazwać artystyczną. W dużej mierze wynika to z tego najbardziej namacalnego otoczenia, tego łódzkiego otoczenia. Jest jego jakąś interpretacją.
Co jeszcze decyduje o waszej “łódzkości”? Tylko hałas? Przecież gdzie indziej także są grupy noise…
Oprócz hałasu, tych przemysłowych materiałów dźwiękowych, których używamy w naszej muzyce, „łódzkość” jest tutaj obecna na każdej płaszczyźnie, całym wyrazie. W innym mieście taki zespół, nawet posługujący się podobnymi mediami miałby zupełnie inny wymiar. To się wiąże od samego początku z radykalizmem, szczególną formą energetycznej, niepohamowanej ekspresji. Trudno mi precyzować, to co robimy jest w ciągłym ruchu. Istnieje coś takiego, jak specjalny typ wyrazu, który w ogóle cechuje zespoły grające twardą muzykę w Łodzi. Tak było przynajmniej w przeszłości. Zespoły stąd były bardzo ekspresyjne, negatywnie nastawione do otaczającej rzeczywistości, grały bardzo twardą muzykę, nie bawiąc się w jakieś kompromisy itd. W sporej części była to reakcją wobec miejskiej represyjnej rzeczywistości, jest w tym jakiś odprysk, odbicie lokalnych realiów. Wiecznego konfliktu, agresji w tramwaju, wojen plemiennych itd. Nasz zespół, może odmiennie od reszty, postawił od samego początku na maksymalny związek z charakterem tego miasta. świadomie odwołaliśmy sie do Łodzi. Spróbowaliśmy mieć większą świadomość tego, skąd sie wywodzimy. zadaliśmy sobie wiele pytań, dużo o tym rozmawialiśmy. Dokumentowaliśmy, obserwowaliśmy – interesowaliśmy się naszym terenem. Oglądaliśmy stare mapy miasta, gromadziliśmy zdjęcia, porównywaliśmy. U nas to wszystko przekłada się na samą nazwę, na wybór inspiracji, wybór tytułów, jakiś przekaz. On nie ma chyba jakiegoś narracyjnego charakteru, jakiegoś opowiadania historii, jakiejś fikcji, fabuły. Nie próbujemy tutaj opowiadać o historii miasta (w ogóle unikamy opowiadania w tekstach) lecz po prostu być jej mocno świadomi, świadomi tego miejsca.

Czy wszyscy jesteście z Łodzi?
Wszyscy urodziliśmy się w Łodzi, wychowywaliśmy się tutaj w różnych miejscach. Ja wychowywałem się na Stokach i na Bałutach w rejonie Lutomierska – Limanowskiego, w rejonie tych ulic. Konrad wychowywał się na Teofilowie między tzw. Teofilowem Mieszkaniowym a Teofilowem Przemysłowym, bracia Walczak wychowywali się też na Bałutach, w rejonach Julianowa, Ania jest z Dąbrowy, Łukasz i Szymon pochodzą z Zarzewa. Pochodzimy z różnych dzielnic, z różnych okolic, w tym jest Łódź. W pewnym momencie (to było na początku lat 90.), wszyscy poznawaliśmy się poprzez punkową załogę, w której wszyscy aktywnie uczestniczyliśmy. Stamtąd wywodzą się nasze znajomości, nasze kontakty. To jak się wyrażamy, to co robimy, jest bardzo związane z naszym miastem. Wychowywaliśmy się w blokowiskach, w małych mieszkaniach, ale wokół nas było też dużo starych domów, ludzi z tzw. starego budownictwa. Ta najróżniejsza tkanka społeczna Łodzi, w pewien swoisty sposób, jest non stop obiektem naszej obserwacji. Interakcji, czasami dotkliwej. Stykamy się tym mieście z ludźmi najróżniejszej proweniencji, rozpoznajemy ich, widzimy. W tych obserwacjach nieobojętna jest historia, przeszłość tych ulic, tych miejsc. W sumie przy próbie jakiegoś świadomego oglądu, dość krótkie losy Łodzi są stosunkowo łatwe do ogarnięcia,. Nie jest to tak złożona, tak wielotorowa historia, jak w innych ośrodkach. Z historią Łodzi jest inaczej niż w innych polskich miastach. W Polsce nie było wiele miast. Gdy budowano je gdzie indziej, nasz kraj był peryferiami. Nie jest to kraj z którym historia obeszła się dobrze i generalnie historia Polski jest raczej dosyć negatywną narracją. To jest raczej bolesna i niekiedy bardzo okrutna historia klęsk, zawodów, zdrad, oszustw, poniżenia i upokorzenia. Natomiast jeśli chodzi o tę małą, osobną historię Łodzi, która jest mi najbliższa, która w sumie najbardziej do mnie trafia, – osobliwie, jest to dynamiczna historia postępu i rozwoju, bardzo specyficznego należy dodać, brutalnie zakłóconego dopiero w pewnym momencie. Do tego jest to historia miasta od samego początku całkowicie zmutowanego.
Dlaczego padło tu takie słowo? W jakim sensie Łódź może być “zmutowana”?
Zawsze podkreślałem, że to miasto jest zmutowane. Organizm z którego się wywodzimy, te miejsca w których bywamy, ludzie którzy nas otaczają, my chyba również, to wypaczona i chora tkanka. Tygiel wielu wpływów i interesów, mieszanka wielu kultur i religii, krzyżowanie się kilku narodowości nadawało Łodzi charakter przez lata. II Wojna Światowa radykalnie to zerwała. Cała najnowsza historia, migracje, przymusowe emigracje miały bezpośredni wpływ na dzisiejszy stan rzeczy. To po prostu widać i my to zauważamy. Łódź jest inna, wciąż czeka na opisanie. Niewielu widzi w tym kwestię, temat. Ale dla mnie jest jasne. Ten organizm miejski, z którym mamy tutaj do czynienia jest odmienny od innych miast w Polsce. Aktualnie Łodzianie, w większości, to ludność napływowa. To efekt różnych mechanizmów najnowszej historii. Miasto to w dużej mierze tworzyli ludzie innych narodowości, przede wszystkim Żydzi i Niemcy. Oni przez dziesięciolecia tworzyli w Łodzi całą materialną infrastrukturę, wybudowali fabryki, wybudowali te kamienice w centrum miasta (przynajmniej wielką ich część), byli posiadaczami większości dóbr materialnych, nieruchomości w centrum i na obrzeżach, tych małych i wielkich fabryk, nawet tych małych zakładów których szczątki znajdują się jeszcze w różnych punktach miasta. Małe zakłady i wielkie fabryki, prawie wszystkie, co do jednej, należały do ludzi „obcej” narodowości, czy to Żydów czy Niemców, raczej nie należały do Polaków. Mit popularyzowany w Ziemi Obiecanej, ten o trzecim z przyjaciół, Borowieckim, szlachcicu – kapitaliście, jest próbą nadania powieści wymiaru bardziej bliskiego Polakom. Czegoś co bardziej mogłoby się spodobać potencjalnym czytelnikom powieści, ale także próbą kreowania pewnego wzorca, takiego Lodzermenscha – Polaka. Rzeczywistość była inna, w czasach rosyjskiego zaboru, lodzermenschami byli ludzie pochodzenia żydowskiego i niemieckiego przede wszystkim. Tak jak zresztą język tych ludzi. Posługiwali się niemieckim lub jidysz, nawet nie czystym hebrajskim lecz po prostu taką niemiecko-żydowską gwarą. Ludzi, którzy stworzyli to miasto przyjechali tutaj w poszukiwaniu pewnego raju na ziemi. Niektórzy z nich osiągnęli sukces, ale za cenę tego, że sami musieli tutaj wręcz rodzić tę “Ziemię Obiecaną”, przeciwstawiając się swojej tradycji, odchodząc od ortodoksji, jeśli chodzi o Żydów, przeciwstawiając się odwiecznym zwyczajom, jeśli chodzi o Niemców. Byli to ludzie zupełnie nowego rodzaju, ludzie XIX wiecznej rewolucji przemysłowej, wyrwani ze środowiska, w którym dojrzewali. Niektórzy przyjechali tu jako zupełnie młodzi ludzie i wytworzyli pewien precedens. Ten precedens wyrażał się w ich jakby zupełnie nowym stosunku do sfery materialnej. Fortuny, jakie tu błyskawicznie powstawały… niektórzy z nich przyjeżdżali tu zupełnie biedni… Były to losy rodzaju tych, jakie opisują historycy kultury materialnej w Ameryce, streszczające się w zdaniach typu “od pucybuta do milionera”. Historia kapitalistycznych rodów w Niemczech niedaleka jest losom rodom łódzkich fabrykantów. Ta lokalna wersja rewolucji przemysłowej, stanowi skrzyżowanie, mutację post feudalnego środowiska polskiej wsi z nowoczesnym wówczas, agresywnym, bezwzględnym XIX-wiecznym kapitalizmem. Wielkie fortuny i dno biedy, w bezpośredniej bliskości, hasło “bierz forsę i w nogi” -wersja wschodnioeuropejska.
Co według ciebie czyniło Łódź inną?
Łódź, pomimo swojego wielkoprzemysłowego charakteru który wybuchł i ukształtował się na przełomie XIX i XX wieku, i trwał później przez prawie cały wiek XX, miała z również trochę wiejski charakter, nieco prowincjonalny. Mimo zwartej struktury miasta, która jest widoczna w centrum, tej charakterystycznej “kratownicy” ulic, które wyglądają na planie jak siatka równoległych do siebie przecznic poprzecinanych głównymi szlakami, traktami… mimo nowoczesnych wydawałoby się elementów, jest to jednocześnie miasto (w wielu miejscach) bardzo bliskie wsi. Jest XIX wieczne śródmieście, pełne starych fabryk, zrujnowanych kamienic, są wielkie blokowiska i place nieużytki, nawet w centrum miasta. Blisko centrum są miejsca, w których ludzie do niedawna jeszcze hodowali drób, ptactwo domowe, wypasali owce. Z dzieciństwa pamiętam jeszcze konie i furmanki na ulicach. Wciąż istnieją też targowiska, gdzie ludzie ze wsi przyjeżdżają sprzedawać swoje plony. Dosyć trudno powiedzieć o jakimś jednoznacznym metropolitalnym wymiarze tego miasta. Łódź jest dużym miastem, w centrum zachowała też specyficzny nierozproszony zwarty charakter. To wpływa na fakt, że w Łodzi różnego rodzaju środowiska bardzo się zazębiają. Ludzie tutaj znają się nawzajem, to niezbyt częste w innych, nawet mniejszych, miastach. Łódź ma kilkusettysięczną populację, wraz z suburbiami jest to ponad milion, ale nawet w tak wielkim mieście dosyć trudno jest aby ludzie na siebie nie trafiali. Wielu ludzi naprawdę zna się nawzajem, mimo że robią zupełnie obce sobie rzeczy. To jest jakieś „łódzkie”… Właśnie w słowie mutacja mieści się właśnie również to, że jest to bardzo zróżnicowany tygiel. Populacja tego miasta jest takim złożonym tworem. Mieszanką ludzi, którzy się tutaj urodzili, mieli tutaj swoich dziadków i jeszcze jakichś dawniejszych przodków oraz tych, którzy przyjechali tutaj po wojnie. Tysięcy ludzi którzy korzystając z dobrodziejstw awansu społecznego przenosili się tutaj ze wsi czy małych miejscowości, przez cały okres PRL. W sumie do dzisiaj napływają do Łodzi ludzie, mimo, że miasto w statystykach ma coraz mniej mieszkańców.

Ta różnorodność ma przecież pozytywne znaczenie. Czy mogłaby generować rozwój miasta?
Łódź to miasto uboższe niż inne duże ośrodki w Polsce. Mimo propagandowego mitu czerwonego miasta postępowej klasy robotniczej (który był wierutnym kłamstwem), nie cieszyła się Łódź w PRL wielkim wsparciem. Przez wiele lat była miastem niedofinansowanym, nie otrzymała wielu państwowych środków z tzw. centralnego rozdzielnika, które przysługiwały innym miastom. Podczas gdy w inne miasta w okresie PRL inwestowano spore środki, Łódź była pozostawiona w zastoju. Działo się tak, choćby dlatego że społeczeństwo Łodzi, ze względu na duże sfeminizowanie uznawano za względnie „bezpieczne”. Tutejszy wielkoprzemysłowy proletariat został uznany za bezpieczny, ponieważ według władz, nie bardzo potrafiące się zjednoczyć, obarczone dziećmi i rodzinami włókniarki nie stanowiły niebezpiecznej siły. Nie byli to robotnicy przemysłu ciężkiego czy górnicy, silni w masie, którzy potrafili zastrajkować, wyjść na ulice i niszczyć. Do lat przełomu lat 60. i 70. w tej socjalistycznej Polsce Ludowej na rozwój Łodzi nie łożono prawie wcale. W czasach Edwarda Gierka po protestach w 1970 to się zmieniło. Powstały wielkie osiedla na Widzewie i Retkini. Mimo inwestycji, niedostatecznych jak na tak wielki ośrodek, Łódź w porównaniu do innych ośrodków była nadal miastem stagnacji. W czasach gdy inne miejsca PRL “popchnął” do przodu, rozwój Łodzi był niewystarczający. Dzisiejsza ruina jest spadkiem po tamtych czasach. Powstanie i rozkwit przemysłu włókienniczego był przede wszystkim dziełem ludzi innego pochodzenia, Niemców i Żydów i miało to miejsce na przełomie XIX i XX wieku, kiedy nastąpił „dziki” przemysłowy rozkwit. Na rozwój Łodzi miała wpływ robotnicza rewolucja w 1905, i w mniejszym stopniu odzyskanie niepodległości przez Polskę w 1918. W okresie międzywojennym część wielkich zakładów przechodziła w ręce polskie albo stawała się spółkami z udziałem polskiego kapitału lub państwa RP. Miasto cały czas rosło, aż do załamania w czasie kryzysu w 1929 roku. Oczywiście II Wojna Światowa, zmieniła miasto radykalnie. Po 1945 Łódź stała się etnicznie jednolita, kulturowo zupełnie „wyrównana”. Od 1940 część Łodzi była gettem, Żydzi którzy mieszkali w centrum miasta, właściciele mieszkań i kamienic zostali z nich wygonieni. Większość z nich potem zginęła. Kiedy w styczniu 1945 Łódź została przejęta przez Sowietów te najlepsze lokale w kamienicach zajęli ludzie związani z aparatem bezpieczeństwa i władzami. Aktualnie mieszkają tam ich potomkowie, nie zmieniło się to zbytnio.

A jak widzisz zmiany w Łodzi w czasach transformacji?
Przez całe ostatni czas obserwowaliśmy zmiany w mieście. Ono przestaje być przemysłowe, staje się miastem usługowym, konsumpcyjnym, bezkształtnym. Łódź usypia, staje się powolna i prowincjonalna. Nie ma już tu wielkich zakładów, są raczej wielkie supermarkety, centra handlowe. Wielkie fabryki zostały rozparcelowane, podzielone na mniejsze zakłady, tkalnie, farbiarnie. magazyny. Pełno jest jakichś małych zakładzików. Widać jakieś tymczasowe szemrane interesy, zatrudniające przyjezdnych robotników, tanią siłę roboczą ze wschodu. Tak jest w wielu miejscowościach pod Łodzią. Jest wiele czynników odróżniających Łódź od innych miast w Polsce z podobną liczbą mieszkańców. Wykorzeniona populacja, pozbawiona hamulców pozbawiona jakichś wymiernych czynników nadających kształt społeczności . Wszelkie propagowane w czasach soc, narzucone z góry modele okazały się widmowe.
Kolejną rzeczą odróżniającą Łódź od innych miast jest sieć linii tramwajów, ponoć najdłuższa lub jedna z najdłuższych na świecie. Aktualnie nie jeździ juz część tramwajów do miast satelitów… Ich tory momentami biegną prawie w polu. Istniały jeszcze linie tramwajowe na Rudzie Pabianickiej, których już nie ma. Tam tramwaj wjeżdżał niemal w las, tak miał ułożoną trasę. Mówiąc o tych dzielnicach, taka Ruda Pabianicka, Chojny, Dąbrowa, te południowe dzielnice Łodzi są odmienne i także mają swoja specyfikę, różnią się swoim charakterem. Mówimy ze znajomymi, że to nie jest już Łódź. To się tam czuje. Wiejskość i blokowiska, zupełnie wypaczone, pełne wykolejonych wyrostków. Z kolei, Ruda Pabianicka jest zupełnie małomiasteczkowa. To się już czuje od dawnego Ronda Titowa, obecnie Ronda Lotników Lwowskich. Kiedy się to wnikliwiej obserwuje to widać tam już inne miasto. Tamten rejon posiada jakiś małomiasteczkowy klimat. Praktycznie cały czas przemieszczając się, podróżując do moich znajomych w innych częściach Łodzi oglądam za każdym razem nowe miasto. Oglądam napisy na murach, przyglądam się niszczejącym kamienicom, tej ruinie. Wszędzie gdzie się znajduję, nie potrafię pozbyć tego żeby obserwować i dostrzegać pewne różnice w charakterze ludzi w innych dzielnicach, w budownictwie, układach ulic, pewne niuanse, które mogą być zupełnie niezauważalne. Jako że żyję tu już dosyć długo jest mi to po prostu bardzo bliskie .
Staracie sie być aktywnymi obserwatorami czy świadkami?
Nie ma tutaj chyba jakiegoś rozróżnienia. Codziennie poruszasz sie po zaniedbanym, dość niebezpiecznym mieście, zapuszczonym, brudnym i wzgardzonym przez samych je zamieszkujących. Niski poziom życia, bieda wywołują konflikty. Masz jakieś pokraczne lokalne władze, które nie znają nawet specyfiki miasta, bo pochodzą z tzw. elementu napływowego. Łódzkie gazety są kompletnie sprzężone z tym słabym aparatem. Media zupełnie pozbawione krytycyzmu służące raczej za tubę Urzędu Miejskiego i jego agend. Nie ma już socjalizmu ale nadal jest mydlenie oczu, korupcja, kłamstwa i totalny brak jawności. Wokół masy ludzi, który z trudem wiążą koniec końcem, którym jest wszystko jedno. Miasto w ostatniej czasach totalnie zbiedniało. Po II wojnie światowej nie wytworzyły się tu żadne głębsze więzi, żadne trwałe jakości…
Scena o której mówiłeś jest chyba jakąś wartością. Jak wam się układają stosunki z łódzka sceną? Czy jesteście jej częścią?
Jasne, że jesteśmy. Współtworzyliśmy scenę. Zawsze jesteśmy blisko tego co się tu dzieje. Podkreślaliśmy związki z miastem, scena to ludzie – stosunki bywają zmienne. raz jest ok kiedy indziej zupełnie źle. Złe języki i pospolita plotka są wszędzie takie same. Staramy się być konstruktywni, wiązać się z działaniem, a nie z takim codziennym, nieistotnym bla bla. Współtworzyłem z Krzyśkiem Lachem Wunder Wave, mieliśmy trochę kontaktów w kraju i w wielu miejscach zagranicą, organizując wspólnie punkowe hardcore’owe koncerty próbowaliśmy na nasz lokalny teren przenosić doświadczenia i obserwacje z innych ośrodków. Robić coś żywego, na swój sposób radykalnego. hasłem było że działamy punks for punks i d.i.y. Zetknięcie się z tępą rzeczywistością bywało… różne.
Jaka była załoga i Łódź w przeszłości?
Nie chciałbym mówić o historii, bo na pewno inni mogliby powiedzieć więcej o początkach punk w Łodzi. Załoga punk, a raczej wiele załóg, czy też coraz liczniejsze środowisko stało się bardzo silne na przełomie lat 80. 90. Oczywiście już wcześniej był w Łodzi mocny punk, ale na początku byłem za bardzo nieletni aby brać w tym aktywny udział. Od końca podstawówki często bywałem w Warszawie i to tam miałem wtedy więcej znajomych. Jakoś pod koniec lat 80. underground w Łodzi przybrał spore wymiary, punk stał się wtedy zjawiskiem na sporą skalę. Próbowaliśmy to przekładać na jakieś wspólne działania. Zachciało się nam tworzyć tutaj jakąś scenę, jakąś własną rzeczywistość. Z Lolkiem zaczęliśmy robić Wunder Wave, pojawił się też Ferment Hardcore Wojtasa – wokół tych inicjatyw zaczęło sie wiele dziać. teraz sytuacja jest trochę inna, może nie aż tak żywa, Punk tutaj ma swoje wzloty i upadki, ale są też nowi ludzie i miejsca np. klub C4 na Węglowej.
Czyli, że nurt punk ma jakąś lokalną odmianę?
Łódzka punkowa estetyka była i jest odmienna od tej w innych miastach. Bardziej radykalna, czarna, mroczna, nihilistyczna, bardziej negatywna. W naszej węższej sferze miało to związek z industrialem, taką mega fascynacją i zarazem próbą robienia już czegoś zupełnie własnego. Jakoś wiele czynników spowodowało że łódzka załoga, scena była mniej zainteresowana pozytywnym przekazem czy ideologią, niezbyt nastawiona na działania proekologiczne czy inicjatywy, takie jak Animal Liberation Front. Byliśmy bardziej nastawieni na tworzenie własnej sceny, na muzykę, styl i, nie ukrywając, zabawę. Zespoły zaczynające tutaj grać zazwyczaj były zafascynowane najostrzejszymi odłamami hardcore punk. Dla wszystkich super ważne były rzeczy, takie jak Discharge, Conflict. Póżniej przyszła pora na Napalm Death, Extreme Noise Terror, Carcass. Potem pojawiły się oczywiście inne odmiany radykalnego hc, a dalej Godflesh, Pitch Shifter – od samego początku tutaj uwielbiane.
Czym jest więc ta lokalna “mutacja”?
Powracając do tej „mutacji”, nie tylko chodzi o stronę etniczną, czy społeczną. Łódź jest aktualnie mocno zdegradowaną mieszanką kultur, subkultur, parakultur, plemion i obyczajów, wszystkich negatywnych przeobrażeń najnowszej doby. Mieści się tu cały ten powikłany charakter miasta samego w sobie, jego kontrasty, sprzeczności, także w warstwie wyglądów, klimatów miejsc. Znajduje to odbicie w napięciach, nazwijmy to społecznych. Odmienności urbanistycznej, niedostatkom, zderzeniom różnych motywów, estetyk towarzyszą także konfrontacje grupowe. Poziom agresji na łódzkich ulicach, w tramwajach jest potężny. Większą część roku, Łódź to ponure miasto z częstą przemocą i konfrontacjami. Jeśli chodzi o skalę, to chyba najbardziej liczne są te kibicowskie.

Czy ma i miało to jakieś odbicie w twórczości Jude?
Sprzeczności i konflikty są czynnikiem dynamicznym inspirującym. Spięcia, napięcia, kontrasty nie są mi obojętne. Zawsze staraliśmy się aby to co robimy nie było neutralne, nie miało charakteru jakiegoś indyferentnego tworu, jakiegoś wyidealizowanego, czysto estetycznego przedsięwzięcia. Zawsze istnieliśmy w tej strukturze, byliśmy bardzo z tym związani, istnieliśmy wewnątrz ale zarazem konfrontowaliśmy z rzeczywistością wokół. Próbowaliśmy nawet jakoś nią wpływać. Teraz bardziej koncentrujemy sie na naszym zespole i indywidualnych ale w ostatnich latach czynnie działaliśmy dla kultury tego miasta. Chociażby organizując koncerty, współorganizując punkową załogę. Razem z różnymi jednostkami, próbowaliśmy tworzyć alternatywną, niezależną kulturę. Udawało nam się to, tworzyliśmy własne miejsca, terytoria.
Wymienisz te miejsca?
Ludzie mieszkali w jakichś zajętych domach, mieszkaniach w centrum miasta. Taki był na przykład squat Kil 210. Moi znajomi zajęli kilka mieszkań w kamienicy na ulicy Kilińskiego obok Wytwórni Filmów Oświatowych, w rejonie skrzyżowania ulic Kilińskiego i Przybyszewskiego. Niedaleko mieściła się fabryka Ossera, w której podczas II Wojny Światowej przymusowo pracowała moja matka. Jako Wunder Wave organizowaliśmy koncerty, wynajmowaliśmy różne sale, gdzie sprowadzaliśmy punkowe zespoły z całego świata. Tworzyliśmy zwartą, skonsolidowaną grupę ludzi, którzy byli w stanie skrzyknąć się, zebrać, bawić, wymieniać się muzyką itd. Było wiele miejsc, pasaż Schillera, placyk przy ul. Tuwima i al. Kościuszki. Nie istniało jednak nic takiego jak miejsce kultury niezależnej, coś na kształt tego co dzieje sie teraz na Węglowej. Na początku lat 90. robiliśmy pierwsze techno imprezy i wieczorki punkowe w bunkrach pod Parkiem Poniatowskiego. Przy tym wszystkim wszyscy wiedzieliśmy, że w czasie wojny ten park nazywał się HitlerJugend Park a obok znajdowała się szkoła, w której w czasie wojny odbywały się zloty młodzieży hitlerowskiej i dziewcząt z BDM. Oglądaliśmy zdjęcia, porównywaliśmy miejsca, uświadamialiśmy sobie że przestrzenie w których spędzaliśmy czas miały mocną, naładowaną, nierzadko bolesną historię! Te rzeczy miały i wciąż mają bardzo duże znaczenie.
Jak wyglądały bliskie wam miejsca. Co się tam działo?
Nie próbowaliśmy zmieniać świata, próbowaliśmy zmieniać swoje najbliższe otoczenie. Kiedy ludzie od nas zajęli dom na ulicy Kilińskiego musieli znaleźć konsensus z ludźmi którzy mieszkali wokół. Dotychczasowymi mieszkańcami. Nie próbowaliśmy zmieniać intensywnie otoczenia, agitować społecznie czy wychodzić z inicjatywami do sąsiadów. Niejednokrotnie musieliśmy się przed nimi bronić. Była to forma jakiejś izolacji w niezbyt przyjaznym otoczeniu. Mocno dostrzegaliśmy tę wszechobecną głupotę i nietolerancję. Doświadczaliśmy jej niejednokrotnie. Nie mieszkałem na Kil 210, ale bywałem tam prawie co dzień. Bez wyraźnych powodów obecność inaczej wyglądających spotykała sie z nienawiścią. Widziałem, że ludzie z kamienic obok, gdyby mogli bardzo chętnie podpaliliby ten dom. To było jak wyrok. Dni miejsca były policzone. Kilka lat adresu Kilińskiego 210 było bardzo owocnych, kreatywnych. Oprócz codziennej egzystencji kilkunastu osób, było tam wiele życia, energii, koncertów, prób, tworzenia.
Jak się stało, że w opisywanej przez ciebie niezbyt przyjaznej rzeczywistości mogły zaistnieć takie miejsca?
Korzystaliśmy z marginesów pewnej wolności, sytuacji którą tworzyły zmiany. Plusy okresu przejściowego. W tutejszym burdelu tzw. aparat kontroli zajmował się wtedy czymś innym, lub dokładniej mówiąc niczym. Ludzie władzy zajęci byli raczej upłynnianiem tego, co pozostało lub tzw. skokiem na publiczne pieniądze. Na wiele rzeczy przymykano oko lub po prostu je olewano. Margines swobody był stosunkowo szeroki, wystarczający na robienie takich półlegalnych rzeczy. Dzisiaj można próbować podobne rzeczy legalnie, ale kto powie, że jest łatwiej?. Wtedy mimo wielkich hurra zmian, nie było to nawet do pomyślenia. Non stop trzeba było się borykać z bardzo dużą nieufnością, wniosek aby jacyś niezależni ludzie chcieli zorganizować sobie miejsce, gdzie działaliby, grali muzykę spotykali się wzbudzał opór i szok. Oprócz tego wokół było pełno tej absurdalnej agresji. Aktualnie bywa trochę inaczej, ale aktualnie wszystko jest natychmiast przeliczane na pieniądze, nie jest tak łatwo zająć jakieś miejsce za darmo. Z miejsca znajduje się właściciel, policja itd.
Gdzie graliście koncerty i czy były to miejsca specjalnie przez was wybrane, szczególne ?
Pierwszy koncert zagraliśmy w Pałacu Grohmana. Zrujnowanym pałacu fabrykanta, który firmował wielkie szwalnie niedaleko zakładów Scheiblera, tych kolosalnych zakładów przy ulicy Targowej. Dla mnie osobiście to bardzo ważne doświadczenie, w dzieciństwie chodziłem do przedszkola na ulicy Tylnej, które również znajdowało się w domu Grohmana. Było to przedszkole przyzakładowe Zakładów im. Obrońców Pokoju – Uniontex. W budynku przedszkola mieściło się Muzeum Artystów, które współorganizowało artystyczny festiwal. Pierwszy nasz występ był częścią wydarzenia o nazwie “Marcowe Gody”. Tak jak mówiłem dla mnie miało to szczególny wymiar. W dzieciństwie, codziennie rano idąc z matką do przedszkola mijałem ten zrujnowany pałac. Chodziłem na skróty przez park przy ulicy 8-go marca, teraz ta ulica nazywa się Tymienieckiego. Kiedyś moim przedszkolu była jakaś dezynfekcja, czy deratyzacja, wtedy chodziłem przez dwa tygodnie do przedszkola które o ile sie nie mylę mieściło sie w dzisiejszym Muzeum Książki Artystycznej. Te miejsca kojarzą mi się więc z czymś innym niż większości łódzkiej publiczności artystycznej. W Pałacu Grohmana zagraliśmy w dużej sali, która kiedyś prawdopodobnie była salą balową lub jakimś wystawnym salonem. Było to bardzo dobre miejsce, nie próbowaliśmy tam niczego aranżować. Wszystkie wnętrza były zniszczone, zaniedbane, pozbawione sztukaterii i wszelkich ozdób. Wszystko było pełne kurzu, pyłu. W to surowe wnętrze wprowadziliśmy nasz ciężki sprzęt i wszystko bardzo dobrze się zgadzało. Inny koncert zagraliśmy w Teatrze Studyjnym, aktualnie Teatrze Wyższej Szkoły Teatralnej i Filmowej. Mieliśmy tam bardzo duże problemy. Na początku chciano odwołać nasz koncert. Dyrektor teatru Zbigniew Jaskuła dowiedział się od “życzliwych”, że jesteśmy ponoć hitlerowcami. Koncert miał nie dojść do skutku między innymi dlatego, że miejsce w którym mieliśmy grać było dawnym żydowskim domem modlitwy, więc byłaby to po stokroć wielka profanacja. Nie miałem najmniejszej chęci ustępować przed pomówieniami rozsiewanymi przez ignorantów. Zdecydowałem sie spotkać z dyrektorem i bez wielkich problemów udało mi się go przekonać, że nie mamy nic wspólnego z tym, o co nas podejrzewano. Zagraliśmy tam dobry koncert, co było dla nas także czymś nadzwyczajnym, mieliśmy świadomość, że gramy w dawnym miejscu kultu, miejscu z długą historią.
Wymieniałeś też inne bardziej “industrialne” miejsca…
Niedawno graliśmy w tunelu pod szosami ulicy Pomorskiej. niedaleko wiaduktu pod którym jeżdżą tramwaje znajduje sie tunel mający wieść do wielkiego szpitala Akademii Medycznej (wciąż w budowie). Zrobiliśmy to wszystko zupełnie samodzielnie. Przygotowaliśmy to we współpracy z naszymi znajomymi, stuprocentowo do it yourself. Pożyczyliśmy generator prądotwórczy, przywieźliśmy własne oświetlenie, rzutniki, ekrany, nagłośniliśmy się, i zrobiliśmy stuprocentowo niezależny koncert. Nie byliśmy od nikogo uzależnieni, żadnymi godzinami, terminami. Bez jakichkolwiek sponsorów. Zresztą regularnie dzieją się tam imprezy. Co roku, kiedy jest ciepło odbywają się imprezy techno pod nazwą Hospital Unit, organizowane przez naszych znajomych, na tych samych zasadach, całkowicie nielegalnie. Z Jude próbowaliśmy zawsze grać w miejscach dziewiczych, niezwiązanych z show biznesem, odpowiadającym nam charakterem, wyglądem. Gdybyśmy mieli większe możliwości materialne (choćby własny transport lub generator) oczywiście wychodzilibyśmy z tym szerzej.

Czy grywacie tylko w Łodzi?
Teraz więcej gramy poza naszym miastem. Występowaliśmy w bardzo różnych miejscach, od lochów dawnego zamku krzyżackiego po restaurację z bufetem. Staramy się każdy koncert traktować inaczej, nie zawsze trafiamy do miejsc nam odpowiadających. Te wszystkie kluby, puby z nieprzyjaznym personelem. jakimiś zakazami, układami. Przyjeżdżamy aby coś pokazać, czasem stykamy sie z ignorancją, jakimiś uprzedzeniami. Montujemy scenę, ustawiamy monitory, a szefowa żąda pokazania przed koncertem całego video, ktoś inny zakazuje nam zakrycia reklam piwa… W Łodzi mamy łatwiej, możemy skuteczniej i staranniej przygotować każdy koncert. Zawsze stawialiśmy nacisk na wybór miejsca jego charakter, klimat..
Wasza twórczość – czy od razu przybrała taką postać? Czy był to efekt jakiegoś wyboru czy wpadliście na to spontanicznie?
Świadomie penetrujemy te rejony kultury. Eksponujemy naszą estetyczną orientację, mocną estetykę. Używamy dosyć radykalnych środków, obrazów, świadectw, często kontrowersyjnych z ideologicznego punktu widzenia. Gdy zaczynaliśmy, mieliśmy jakieś konteksty, wybory, nie było żadnym przypadkiem że zaczęliśmy posługiwać się taką estetyką. Mocno nie pasowało nam, to co było wokół. Ba, nie pasowało nam także to, co zafascynowało tylu bliskich nam ludzi. Bliższa życiu, prawdzie i realności wydawała sie nam nasza opcja. Czuliśmy jakiś związek z tym, skąd sie wywodzimy. Akcentowaliśmy, że właśnie industrial i ten typ widzenia odpowiada naszemu miejscu pochodzenia. Jednak mimo zainteresowań lokalną historią, starą Łodzią, bardziej istotne dla nas są nowsze losy miasta. Nasze zainteresowania kierujemy ku najnowszej przeszłości i oczywiście dniu dzisiejszemu. Zainteresowanie czasami PRL okresem II Wojny Światowej, łódzką okupacją, gettem zawsze jest związane z aktualnością. Mieszkamy niedaleko dawnego getta Litzmannstadt. Bracia Walczak mieszkają na terenie dawnego getta, w blokach wybudowanych prawdopodobnie na miejscu jakichś wyburzonych kamienic. Ja mieszkam niedaleko murów getta czy drutów, które znajdowały się parę przecznic stąd (wysokie mury były w Warszawie, tutaj w Łodzi getto było otoczone drewnianymi parkanami z drutem kolczastym). Największy wpływ miała na nas niedawna przeszłość soc, a także ta dopiero odkrywana przeszłość czasów okupacji. Teraźniejszość która jest niejako konsekwencją tej przeszłości. Powracając do wątku jaki wpływ Łódź miała na nasz zespół – to jest to naturalnie sprzężone. To jest tak, że trudno wyobrazić sobie Jude poza tym kontekstem. Nigdy nie wysilaliśmy się aby ukazać się jako zespół bez korzeni, który mógłby powstać gdziekolwiek…
Czy wyjeżdżając z koncertem poza miasto jesteście rozpoznawani jako zespół z Łodzi ?
Oczywiście jesteśmy rozpoznawani jako zespół z Łodzi. Wiąże się to z naszym przekazem ,wyglądem, charakterem, radykalizmem. Istnieje obiegowa fama krążącą o Łodzi, która jest w gruncie rzeczy zbieżna z rzeczywistością. To że zespoły stąd były bardzo radykalne, bardzo negatywne, „muzycznie nieprzyjazne”. Z drugiej strony wygląd punków z Łodzi, którzy posiadali dużo biżuterii w ciele, dużo metalowych ozdób, łańcuchy, oćwiekowane pasy, ubierali się na czarno. Łódzkie środowisko na krajowym tle wyglądało bardzo efektownie. Mieliśmy pewien wpływ na ten styl. Jesteśmy postrzegani jako zespół łódzki, jako zespół z industrialnej Łodzi. Te wszystkie stereotypy mają pewną rację, chociaż niekoniecznie stuprocentową. Jude jest związany z Łodzią. Sama nazwa pochodzi z murów miasta. Myślę, że gdzie indziej taki zespół nie mógłby powstać.
